Umarłam dla świata

Umarłam dla świata.
Wszyscy już walczyli. Wbiegłam z gospody aberforta do hogwarckiego pokoju rzyczeń.
- mamo, mogę też tam iść? Proszę.
Pytała rudowłosa piękność.
- nie ginny. Jesteś jeszcze zamała.
- ale mamo, ja chcę walczyć.
- ginny, nie.
Oh, tonks to ty.
- gdzie remus?
Zapytałam wtedy. Nie widziałam mojego ukochanego. Bałam się o niego.
- walczy z dołohowem, ale nic mu chyba się nie stało.
- walczy, on walczy. Muszę iść i mu pomóc.
Znalazłam go. Widziałam jak walczył. Dzielnie stawiał opór śmierciożercy, który atakował go zawzięcie ze wszystkich stron.
Mnie też wkrótce zaczął ktoś atakować z jeszcze więkrzą precyzją i brutalnością. Jestem aurorem. Muszę się jakoś trzymać. Moody mówił, że jestem dzielna. Jego już tu nie ma, ale ja mu pokarzę czego nauczyłam się pod jego okiem.
- moody, mam nadzieję, że patrzysz teraz na nas z góry i zagrzewasz do walki.
Stanęłam plecami do remusa i zaczęłam walczyć o życie. Moją przeciwniczką była bellatriks. Chyba koniecznie chciała mnie zabić, bo miotała zaklęciami jak szalona. Nie nadążałam. Stawiałam tylko tarcze obronne. Ona była zbyt szybka.
- crucio!
Moje ciało zaatakował ból potworny. Zaczęłam krzyczeć. Poczułam bardziej niż widziałam, że remus upada koło mnie.
Nie zwracałam uwagi na bellatriks, która szykowała się do kolejnego cruciatusa. Podczołgałam się do męża i z przerażeniem stwierdziłam, że nie wyczuwam jego pulsu. Położyłam głowę na jego piersi i nie czułam rytmicznego opadania i unoszenia się klatki piersiowej. Remus nie żył. Mój ukochany już nie żyje i nigdy nie przemówi do mnie. Nie chciałam wstawać. Byłam zrospaczona.
Nigdy już nie chwyci mnie za rękę. Nigdy nie wtulę się w jego ramiona. Jego łagodny głos do mnie nie przemówi. Wyglądał jakby spał. Jego twarz była taka spokojna. Czy zdawał sobie sprawę, że mnie opuścił?
- remusie.
Wyszeptałam cicho tuląc się do zimnego już ciała. Tak było dobrze. Dobrze mi tutaj, bo jest remus.
- co, nie walczysz?
Zapytała mnie lestrange. Nie zwróciłam na nią uwagi. Jej głos słyszałam gdzieś jakby z oddali.
- avada kedavra!
Krzyknęła, a zielony promień ugodził mnie w plecy.
Xxxx…
Jeśli to jest umieranie to muszę przyznać, że wcale nie jest bolesne. Jest tutaj remus i inni. Jestem ja. Tylko my się liczymy w tej przestrzeni. Znów mogę chwycić męża za rękę i wyszeptać.
- to ja, tonks.
Kochanie wstawaj, już ranek.

Ucieczka z askabanu

“ucieczka z askabanu”

Dziś muszę iść do ministerstwa.
Tak mi się wstać nie chcę, ale zadługo już leżę. Muszę się podnieść z tego wygodnego łóżka i wstać. Wstać. Wstać, bo Szalonooki zwymyśla mnie, że się spóźniłam..
No wstawaj Tonks. Wstawaj.
Myślę sobię i wkońcu podnoszę się z ciepłego łóżka ziewając szeroko.
Idę chwiejnym krokiem do łazienki i przy wyjściu z mojego pokoju przewracam się o własne nogi.
- Cholera.
Zaklnęłam dźwigając się do pozycji stojącej.
Poszłam wkońcu do tej łazienki zrobić ranną toaletę, a potem wepchnęłam w siebie jakieś pośpiesznie zrobione śniadanie i wyszłam z domu na świerze powietrze.
Pomyślałam sobie, że nie jest tak źle, bo w Grimmauld będę wieczorem.
Szepnęłam zaklęcia zamykające drzwi na wszystkie zamki i aportowałam się do ministerstwa.
- Na brodę merlina. Nimfadoro.
- Ah, co?
Zapytałam przekornie Szalonookiego.
- Przestraszyłaś mnie.
- Ha, ha, zawsze marzyłam o tym, aby cię przestraszyć.
Moody wyglądał niestety posępnie.
Był zmartwiony i przygnębiony.
- Siadaj Tonks. Siadaj.
Powiedział ze śmiertelną powagą, a ja posłusznie wykonałam polecenie.
Alastor bez słowa podał mi gazetę proroka codziennego.
- Czytaj. Mina ci zrzednie. Zobaczysz.
Rozłożyłam gazetę i wrzasnęłam przeciągle.
Moody nie skomentował tego wrzasku. Rozłożyłam tą gazetę i zobaczyłam czarnobiałe fotografie, które zapełniały prawie całą pierwszą stronę w proroku.
Było ich10. Na dziewięciu byli czarodzieje, a na dziesiątej czarownica. Niektórzy uśmiechali się kpiąco i szyderczo, inne z bezczelnymi minami stukały palcami w ramy zdjęć. Pod każdą fotografią było wypisane imię i nazwisko oraz zbrodnia, za którą dana osoba została zesłana do askabanu.
Antonin Dołohow. Przeczytałam pod zdjęciem czarodzieja z długą i bladą twarzą szaleńca, który uśmiechał się do mnie drwiąco. Oskarżony o brutalne zamordowanie Gideona i Fabiana Priwetów.
- Przecież ja znam te oskarżenia.
Znam to wszystko.
Wszystko jest zapisane w aktach. Kiedyś robiłam w nich porządek. Pozatym każdy auror wie o tych śmierciożercach, którzy byli w askabanie.
Czytałam dalej, ale z każdą informacją bladość na mojej twarzy była wyraźniejsza.
Augustus Rookwood. Było to zdjęcie, na którym widniał mężczyzna o dziobatej twarzy i tłustych brudnych włosach, który ze znudzoną miną oparty był o krawędź zdjęcia.
- Blee. Jaki brzydal.
Pomyślałam. Dobrze, że Moody nie zna moich myśli, bo z pewnością byłyby nie namiejscu.
Ten Rookwood oskarżony jest o przekazanie tajnych informacji ministerstwa magii Voldemortowi.
Spojrzenie moje powędrowało jednak na fotografię czarownicy, która nieomieszkam napisać była bardzo podobna do mojej matki.
Zaklęłam głośno i siarczyście.
Tak nawiasem to ostatnio zadużo przeklinam.
Ta czarownica miała długie czarne włosy na zdjęciu były one potargane i matowe. Nie omieszkam stwierdzić, że gdy była młodsza to miała je gęstrze, gładkie i błyszczące. Spoglądała na mnie tak, jakby miała ochotę mnie zabić.
Patrzyła ciągle na mnie ze złością z podtych ciężkich powiek, a ja patrzyłam na nią bezmyślnie jakbym zapomniała o wszystkim. Jej usta wykrzywił bezczelny i pogardliwy uśmiech..
Stwierdziłam, że zachowała po askabanie resztki dawnej urody, którą dementorzy zniszczyli.
- Hahah i dobrze jej tak.
Pomyślałam mściwie.
Bellatriks Lestrange oskarżona o torturowanie i trwałe upośledzenie umysłów Franka i Alicji Longbottomów.
Potem moje spojrzenie powędrowało na nagłówek, który widniaj nad fotografiami.
“Masowa ucieczka z askabanu. Ministerstwo obawia się, że Black jest skrzynką kontaktową dla byłych śmierciożerców”.
- Nieee!
Znowu krzyknęłam.
“Ministerstwo magii podało wczoraj do wiadomości, że doszło do masowej ucieczki z askabanu Korneliusz Knot rozmawiając w swoim prywatnym gabinecie z dziennikarzami potwierdził, że dziesięcioro więźniów pod specjalnym nadzorem uciekło wczoraj we wczesnych godzinach wieczornych. I że już poinformował mugolskiego premiera, że osobnicy ci są bardzo niebespieczni. Znaleźliśmy się niestety w takiej samej sytuacji jak 2 i pół roku temu uciekł morderca Syriusz Black.
Powiedział nam Knot. I sądzimy, że oba te fakty są ze sobą powiązane. Ucieczka tak dużej liczby więźniów wskazuje, że mieli pomoc z zewnątrz, a musimy pamiętać, że Black, pierwsza osoba, której udało się uciec z askabanu idealnie by się do tego nadawał. Uważamy zaprawdopodobne, że te osoby wśród, których jest kuzynka Black’a Bellatriks Lestrange skupiły się w okół niego jako swojego przywudcy. Robimy jednak wszystko co w naszej mocy by wytropić tych przestępców, a społeczność czarodziejów prosimy o czujność i ostrożność. Do żadnej z tych osób pod żadnym pozorem nie należy się zbliżać”.
Oderwałam oczy od gazety przeczytawszy artykuł.
- Nie.
Rzekłam cicho.
- Ja w to nie wierzę.
Nagle do naszej siedziby wpadli Wiliamson i Savage.
- Wiecie już?
Zapytali Alastora i mnie.
- Jak widać.
Odpowiedział Moody wsakzując na mnie, bo teraz wyglądałam naprawdę blado.
- Syriusz Black. Syriusz Black.
Powtarzałam ciągle cicho.
- No co. Ten morderca jest winny.
Powiedział Dawlish podchodząc do nas.
Nic mu nie odpowiedziałam.
- No to mamy robotę.
Stwierdził Savage.
- Bellatriks. Ta suka uciekła.
Wrzasnęłam zrywając się ze swojego miejsca, a wszyscy popatrzyli na mnie dziwnie.
- Zabiję ją. Głupia. Głupia.
- Spokojnie Nimfadoro.
- No jak spokojnie? Ja tu siedzę sobie, a ta pomyja chodzi na wolności. Ja muszę ją dorwać.

szlachetny ród Blacków

“szlachetny ród Blacków”
Od autorki: jeśli pomyliłam się w jakichś obliczeniach to przepraszam, ale mogło się tak zdarzyć.

Następnego dnia też nie poszłam do ministerstwa. Nie miałam co tam robić. Wiem, że mieliśmy my, pracownicy ministerstwa zadanie od Dumbledore’a, ale pomyślałam sobie, że pomogę w sprzątaniu salonu w Grimmauld.
Po skończeniu rannej toalety i po pośpiesznie zjedzonym śniadaniu poszłam na pierwsze piętro do salonu, który właśnie mieliśmy sprzątać.
Był to duży wysoki pokój z oliwkowozielonymi ścianami pokrytymi gobelinami.
Trochę poczułam dreszcz gdy tu weszłam, bo salon niczym nie przypominał mojego domowego,.
Mieliśmy zabijać bachanki. Molly podała mi bachanocyt, a ja stwierdziłam, że jeszcze nigdy w swoim życiu nie widziałam tyle bachanek rojących się w zasłonach.
- Ginny. ile już tu sprzątacie?
zapytałam biorąc bachanocyt do ręki i celując nim w zasłony.
- Spokojnie Tonks, dopiero od piętnastu minut.
Gdy ona to mówiła spryskałam sprejem zasłony, a kilka bachanek spadło na ziemię.
Fred podbiegł i powiedział, że posprząta.
Ja nie oponowałam, uwarzałam, że dziwne były te stworzonka.
- Uwarzaj Tonks, one gryzą.
Poinformowała mnie Molly. Gdy nagle usłyszeliśmy znajomy koncert.
“szlamy, plugawe kreatury, zakałły”.
- Ojeeeezuus.
Jęknął Syriusz, badając jakieś przedmioty za gablotą, która była po mojej lewej stronie.
Harry odwrócił się i spojrzał na przeciwną ścianę na których wisiały gobeliny.
- Widzę Harry, że cię zaiteresowały?
Zapytał gorzko Syriusz.
- Chcesz je usunąć?
- Wątpie, że mi się uda, bo moja mamuśka rzuciła na nie zaklęcie trwałego przylepca, ale jak mi się uda to z przyjemnością to zrobię.
Ja natomiast zwróciłam się do wielkiego gobelinu, który wisiał po mojej prawej stronie.
Był on bardzo stary, zakurzony i wyblakły.
Wyglądał tak, jakby go pogryzły te ochydne bachanki. Nici jednak, którymi był powyszywany były widoczne w ciemnościach. Ukazywały drzewo genealogiczne starożytnego rodu Blacków.
Uznałam, że chyba są tu wyryte wszystkie pokolenia poczynając od średniowiecza do czasów teraźniejszych.
Moje spojrzenie powędrowało na szczyt gobelinu, na którym były wyryte litery: “szlachetny starorzytny ród blacków.
- Syriuszu.
zapytałam nieśmiało, a on zwrócił twarz ku mnie.
- Nas tu nie ma.
Powiedziałam po chwili.
Harry spojrzał na mnie i uniósł brwi w zdziwieniu.
- Jak to was?
Wy jesteście spokrewnieni?
- No, tak.
Powiedziałam.
- Ale w jaki sposób?
- No, Syriusz, jak coś, no wiesz, gdybym się pomyliła to mi pomóż. Dobrze?
- Zgoda, objaśnimy to razem.
Powiedział, ale bez entuzjazmu.
Inni tępili bachanki. Trochę miałam wyrzuty sumienia, że im w tej chwili nie pomogłam, ale trudno, sama nie znałam dokładnie rodu Blacków
i chętnie bym się czegoś więcej o nich dowiedziała.
- Kiedyś byliśmy tutaj.
Nimfadora też.
Teraz niezareagowałam na słowo Nimfadora.
Syriusz wskazywał na dziurkę w tkaninie, która wyglądała jakby była wypalona papierosem.
Wskazywał w to miejsce, w którym powinien się on znajdować.
- Moja mamuśka wyrzuciła mnie gdy uciekłem z domu.
Kontynuował.
Ja wiedziałam, że uciekł, bo mi powiedziała moja mama, ale Harry nie wiedział, więc Syriusz opowiedział mu jak to było.
- Nie nawidziliśmy oboje rodziców Syriusza i moich ciotek.
Wyrzuciłam z siebie.
Byli dosyć dziwni, mieli manię na punkcie czystości krwi.
Byłam bardzo mała gdy poznałam rodziców Syriusza. Znaczy miałam 5 lat i wspomnienie to nie było dla mnie miłe.
Ciotka Bellatriks chciała potraktować mnie cruciatusem gdy byłam w salonie i patrzyłam na starożytny ród.
Jednak umknęłam jej, bo wporę się spostrzegłam jakie miała zamiary.
Zmósili moją mamę, aby ich odwiedziła zemną w tym domu, bo była tam jakaś tradycja, że trzeba było przynajmniej raz w roku tam być.
Potem więcej się tam nie pokazałyśmy.
Syriuszu, pamiętasz to?
- Oh, pewnie Tonks, że pamiętam.
Pamiętam cię jako właśnie taką pięcioletnią dziewczynkę, a potem jakoś cię nie widziałem to były dwa lata przed moją ucieczką.
- Zgadza się.
- Bellatriks, bellatriks.
Mówił Harry jej imię, a mnie ogarnęło obrzydzenie.
- gdzieś słyszałem to nazwisko. Ooo, już wiem, w myśli odsiewni Dumbledore’a. Było przesłuchanie w ministerstwie wizengamotu.
Barty Croucha przesłuchiwali i Lestrange’ów.
- Zgadza się.
Potwierdził Syriusz.
Było to za torturowanie Longbottomów.
No, ale wracając do lini Blacków to wszyscy uwarzali, że samo bycie Blackiem czyni nas królem, więc to była zupełna porażka.
Takteż myślę do dziś.
- Oh, nie martw się, nie martw, bo ja też.
Mówiąc to upóściłam niechcący ten bachani sprej.
- Ooooo, zobaczcie, to mój hamowaty brat, Regulus, który był później śmierciożercą.
Był jednak natyle tchóżliwy, że coś tam mu nie wyszło przy sprawowaniu słóżby u sami wiecie kogo i ten ów sami wiecie kto go poprostu zabił.
Mówiąc to Syriusz wskazał na napis u dołu gobelinu.
Widniało tam nazwisko, imie, data urodzenia i śmierci jego brata.
- Wy żartujecie, prawda?
Zapytał Harry zwracając się do nas.
- Z czym?
- No z tym, że ten Regulus to był śmierciożercą.
- Oh, Harry, czy ty nic nie rozumiesz?
Ta rodzina to prawie sami śmierciożercy.
Harry’emu opadła szczęka.
- Nie masz się czego dziwić, już samo spojrzenie na skretyniałą moją mateczkę mówi samo za siebie.
Rzekł Syriusz.
- no tak.
- to twoi rodzice też byli śmierciożercami i słóżyli Voldemortowi?
- nie, nie, ale go popierali. Uwarzali, że jego idee są słuszne.
- To kretyni.
Szepnęłam.
- To ich można nazwać szumowinami i mętami jak to mówi twoja plugawa mamuśka.
Powiedziałam do Syriusza, a on lekko się uśmiechnął.
- a to? kto to jest?
zapytałam wskazując na również wypaloną dziurę.
- To mój wój Alfred zostawił mi fortunkę, więc go też usunęli z tej rodziny.
- To jest Fineas Nigelius, mój prapradziadek, był dyrektorem Hogwartu, ale jakoś Hogwartczycy nie darzyli go sympatią.
- A to, Araminta Meniflua, kuzynka matki Syriusza, tak samo głupia jak ona.
Przyłączyłam się komentując drzewo.
- Była ponoć okropna, jej mottem było zabijanie mugoli. W ministerstwie próbowała zalegalizować ustawę na ten temat.
- A to Elladora, która obcinała głowy skrzatom domowym, które nie nadawały się do pracy.
- A więc, zauwarzyłem, że wszyscy normalni w tej rodzinie natychmiast zostawali wydziedziczeni.
- No tak. Zgadza się, zgadza.
Przytaknęliśmy Harry’emu.
- Wiesz Tonks, Andromeda była moją ulubioną kuzynką. Zawsze się rozumieliśmy. Chodziliśmy razem do Hogwartu i było nam raźniej.
Kiwnęłam tylko głową, bo coś mi odebrało mowę. Zresztą nie wiedziałam co odpowiedzieć Syriuszowi.
Oczywiście też jej tu nie ma.
wydziedziczyli ją zato, że wyszła za czarodzieja z mugolskiej rodziny.
- Narcyza.
mruknęłam patrząc na imię,które widniało na prawo od imienia Mojej Matki.
- Jest tu, bo poślubiła tego Lucjusza Malfoja.
- To ile już tych rodzin mamy spokrewnionych?
chyba wszystkie czystej krwi.
- Tak, one muszą być spokrewnione w bliższy lub dalszy sposób.
Wyjaśniłam Harry’emu, ale i tak musimy łączyć się z mugolami,
bo inaczej by nas tu zabrakło.
Samych czarodziejów czystej krwi jest poprostu mało.
- Molly i ja, jesteśmy kuzynami przez małżeństwo, a jej mąż jest moim kuzynem drugiego stopnia.
- Trochę to skąplikowane.
Powiedziałam.
- eeetam, czym tu się szczycić? Bellatriks w askabanie, inni powarjowani. Oni nie należą już do mojej rodziny.
Prawie nigdy nie należeli. Bellatriks widziałem ostatni raz będąc w twoim wieku i trochę w askabanie.
Myślisz jednak, że jestem dumny z moich krewnych.
Mówiąc to wzdrygnął się lekko.
Pod wpływem jakiegoś impulsu, bo nie wiem kto lub co kazało mi to zrobić, ale podeszłam do Syriusza i objęłam go mówiąc:
- ważne, że my jesteśmy normalni. Teraz musimy trzymać się razem. Ta garstka nas, która została…
Dalej nie mogłam już mówić, bo łzy pociekły mi po policzkach, a włosy zmieniły swój kolor na jakiś inny.
- Ja nie chciałem.
Rzekł Harry.
- Ależ nic się nie stało.
Powiedział Syriusz głaszcząc mnie po głowie.
Byłam od niego znacznie niższa.

Wzruszenie zabrania mi dalej opisywać co się wtedy działo. W obawie, że pismo rozmaże się moimi łzami. Kończę.
Dora.

grimmauld place i zebranie

“Grimmauld place i zebranie”
Hej wszystkim. Jako, że zwój zakupiłam na pokątnej to mogę dalej pisać. Zacznijmy od tego, iż przepraszam za taki wywód o miejscu kwatery głównej w Grimmauld Place, ale jakoś nie mogę się z nim rozstać.
Dom jest ponury, ale tam jakoś kiedy jesteśmy wszyscy to ja czuję się bespieczna. Nie lubię stworka, który przyprawia mnie o obrzydzenie.
Zaczynam dalej pisanie przy Privet drive. No więc zeszliśmy z Harry’m na dół i zastaliśmy czarodziejów, którzy patrzyli z zaciekawieniem na mugolskie sprzęty ciotki Petunii. Harry powiedział, że tak ta głupia gęś się nazywa. Syriusz ją kiedyś widział i nigdy nie polubił.
- Wychodzimy z domu.
Zarządził Moody.
Mamy już pierwszy znak.
Ah, bym zapomniał. Harry muszę cię zakameleonować.
- co, co pan musi?
- On musi zmienić cię tak, aby nikt cię nie poznał.
Powiedział Remus.
- Chodźcie dosiadamy mioteł. Ty Tonks lecisz za Harry’m a remus przed Harry’m.
- Wspaniale. Tylko proszę cię szalonooki lećmy jak najkródszą drogą.
- To się jeszcze zobaczy.
Mówiąc to spojrzał na mnie swoim magicznym okiem, a mnie przeleciał dreszcz.
Mógłby tym okiem nie patrzeć na prawo i lewo i doprzodu i do tyłu, bo mnie robi się niedobrze.
Dosiadłam swojej komety 2 60 i wzbiłam się w górę. Poczułam znajomy powiew wiatru i lekkość.
- Mósimy lecieć na zachód.
Krzyknął Kinksley, a jego głos utonął w wietrze.
Ja jednak go usłyszałam.
Lecieliśmy tak i lecieliśmy:
- Szalonooki, ja nie lecę na syberię. Mnie już robi się zimno. ledźmy szybciej i krucej.
- Nimfadora, nie przesadzaj. Stała czujność.
- A niech szlak trafi stałą czujność.
Powiedziałam, ale bardzo cicho.
Wkońcu dzięki bogu, bo już ręce przymarzły mi do mojej miotły wylądowaliśmy przed domami mugoli na grimmauld place.
Remus zgasił wszystkie świecące latarnie:
- skąd to pan ma?
zapytał Harry.
- dostałem od Dumbledore’a. On mi to porzyczył.
Podałam Harry’emu pergamin z nazwą domu Syriusza i chwilę potem wszyscy pokolei weszliśmy do kwatery.
Odrazu poczułam się lepiej. Zrobiło mi się ciepło, bo w tym cholernym locie zmarzłam.
Harry chyba poczół to samo, bo się lekko zatrząsł.
Chwała bogu weszłam do kuchni nie przewracając niczego. Chodzi mi o ten stojak, który jest w przedpokoju, bo normalnie obudziłabym tą szkaradę, a tego nie chcę.
- Oh, harry, kochaneczku.
Przywitała go Molly. Idź na górę, tylko ciicho, aby nic nie zbudzić.
- I jak wam poszło?
Rzekła zwracając się do nas.
- A dobrze, tylko Alastor przegonił nas na miotłach tak, że czułam się jakbym leciała 4 godziny, anie dwie.
- Oh, musiałem tak robić.
- Cisza, bo naprawdę kogoś pobudzimy.
Powiedział Kinksley swoim głębokim basem.
- Pani Weasley, co to znaczy? czego ja mam nie obudzić?
- Ron i Hermiona ci wytłumaczą, naprawdę mamy teraz ważne zebranie, a ty Syriuszu zaprowadź Harry’ego.
Syriuszu.
Syriusza nie było.
- Syriuszu do cholery gdzie jesteś?
Krzyknęła Molly.
A ja rozejrzałam się po kuchni wypatrując Syriusza.
- Eee, pewnie się schował.
Rzekł Remus.
- No to ja cię zaprowadzę.
Rzekła Molly i poszła z Harry’m na górę.
5 Minut później do kuchni wszedł Syriusz.
- Gdzie byłeś?
zapytała Hestia.
- Byłem na karmić hardodzioba, a gdzie Harry?
Zapytał.
- U Rona, przecież teraz jest zebranie.
Molly weszła chwilę potem i inni, którzy się deportowali.
- A więc musimy rozdzielić nasze zadania.
Rzekł Dumbledore podsuwając nam jakieś plany pod nosy.
Były to zawiłe wykresy jakichś budynków i jakieś mapy i plany.
Snape spojrzał na to krzywo, a ja wzięłam jeden zwój z wykresem i oglądałam go z zaciekawieniem.
- Sewerusie. Ty masz trudne zadanie, wiesz co masz robić.
Zapytał go Albus.
- Tak, Dumbledor. Nie musisz mi o niczym przypominać. Wiem co mam robić.
Powiedział swoim zimnym głosem Sewerus.
- A ty co się tak gapisz?
rzekł zwracając się do mnie.
- Nie odzywaj się tak do niej.
wziął mnie w obronę Remus, bo ja nie zdążyłam nic powiedzieć.
- Bo co mi zrobisz?
- Zamknij się.
Warknął Syriusz.
- Cisza!
Nie jesteśmy tu poto, aby się kłucić, lecz poto, aby ustalić parę dość istotnych faktów.
Pracownicy ministerstwa rozglądacie się uważnie w ministerstwie, we wszystkich departamentach. Patrzycie czy nic dziwnego się nie dzieje.
Strzeszcie głównie departamentu tajenic.
- Chyba sobie zrobimy jakieś dyrzury co wy nato?
zwruciłam się do aurorów będących w kuchni Syriusza.
- Dobra, ale ty Tonks zaczynasz od jutra.
- No dobra.
powiedziałam ugodowo.
- Remus..
zwrucił się do niego Dumbledore.
- Ty odnajdziesz Batildę, bo gdzieś się zapodziała.
Zebranie trwało i trwało, ustalaliśmy przez dobre półtorej godziny następne fakty i rozdzielano nam zadania.
Potem gdy się skończyło więkrzość członkó zakonu się deportowała i został Remus, ja, Mundungus, Weasleyowie i Syriusz, Hermiona i Harry.
- Syriuszu zawołaj młodzierz na kolację.
Powiedziała Molly, a Syriusz poszedł.
- Molly, może pomóc ci w kolacji?
- A pewnie, pewnie, sama na tyle osób nie dam rady szybko przyżądzić.
Zabrałyśmy się więc ochoczo obydwie do pracy.
Potem Weasleyowie, ron i Hermiona przybiegli do kuchni.
Syriusz i Harry rozmawiali przyciszonymi głosami.
Fajnie, że już mogą się widzieć.
Fred i George chcieli posłać na stół kremowe piwo za pomocą różdżek i oczywiście całe się rozlało i opryskało ściany.
- Fred George czy wyście powarjowali?
zapytała Molly ze złością.
- Natychmiast proszę mi tu posprzątać.
Ginny zaśmiewała się, a Hermiona pogrążyła w rozmowie z Remusem o swojej działalności wesz.
Gdy udało nam się już wszystko przygotować zasiedliśmy do kolacji gdzie ja już po pięciu minutach zrzóciłam półmisek z bekonem.
- Kobito. co ty robisz?
zapytał mnie Mundungus gdy bekon poleciał mu na szatę.
- Oh, przepraszam.
powiedziałam, a Mundungus próbując strzepnąć bekon z szaty przewrócił się z krzesłem na plecy.
- Powarjować można. Po warjować.
skwitowała Molly sprzątając różdżką bałagan.
- Oh, zawsze muszę coś zepsuć. Taka już niezdara ze mnie.
Powiedziałam.
- Nie przejmuj się.
Pocieszył mnie Bill.
- zdarza się.

grimmauld place i straż przednia

Od autorki. Chciałam was uprzedzić, że jest to urywek z książki J K rowling zakon feniksa z grimmauld. Pozmieniałam trochę fakty. np, że harry wyczarował patronusa po połódniu. szyk wydażeń i wszystkiego. Opisuję to wszystko oczami Tonks, bo uważam, że to fajne, bo niby oczym mam pisać? Uwarzam, że taki pomysł jest dobry. wkońcu nie muszę trzymać się faktów Rowling.

Grimmauld place ciąg dalszy i straż przednia.
Zeszliśmy potem na dół uśmiechając się tajemniczo, a ja nie mogłam nadziwić się w myślach jak ci bliźniacy umieją kombinować.
Kilka minut później do kuchni wszedł Ron trochę zaspany i rozejrzał się nieprzytomnie.
Ginny poprosiła mnie, abym pokazała jej trochę moich nosów, które umiem robić i zrobiłam taki co przypominał nos psa, a Syriusz zaczął się śmiać.
Włosy zrobiłam takie, że wyglądały jak dredy do pasa, a potem dłóższe i sięgały mi do kolan.
Gdy byłam w tych dredach to do drzwi zadzwonił dzwonek, a pani Black rozdarła się na powitanie dedykując swoje solo koncertowe Mundungusowi, któremu otworzyłam drzwi, a on wchodząc przestraszył się mnie:
- Kobito, kobito, coś ty za jedna?
Zapytał, a Ron parsknął śmiechem.
Wszyscy coś przychodzą i przychodzą, przynajmniej jest wesoło.
Molly zagarnęła nas do sprzątania salonu. Jako że nie miałam dzisiaj pracy w minirku to poszłam tam sprzątać ten salon.
No i wszyscy sprzątaliśmy. Znaleźliśmy jakieś szczypce, które gryzły i ugryzły Syriusza w nos.
Musiałam rzucić zaklęcie episkej, aby nos doprowadzić do ładu.
Popołódniu byliśmy już zmęczeni od tej pracy no i deportował się Alastor.
Warknął na mnie, że czemu nie jestem w ministerstwie:
- No wiesz szalonooki jakbyś zapomniał, że dzisiaj mam wolne.
- Ah, no wybacz, wybacz, zapomniałem, a gdzie Remus.
Jest mi potrzebny.
- A idzie, idzie.
Rzekła Mollyy, a ja z lekko obrażoną miną zwróciłam się do Moody’ego:
- co tu robisz?
- Grzeczniej, Nimfadora.
- Spadaj, ja Tonks jestem, nie mów na mnie Nimfadora.
No mam go dosyć, haha, ale lubię mimo wszystko się znim droczyć.
- Dumbledore mnie wezwał, bo Harry, no Harry patronus rzucił i chcą go z Hogwartu wylać.
- ee, że co?
I Moody opowiedział nam, jak to Harry przepędził dwóch dementorów z Magnolia jakaś tam, no zapomniałam jaka, bo ja tam na mugolskich ulicach to się nie znam.
- Mamy go dzisiaj zabrać z domu Dursleyów.
- Aha, to fajnie.
Skwitowałam.
- A czy my też idziemy?
Zapytała Ginny.
- NO wy?
Prychnęła Molly.
- Ja idę.
Rzekł Syriusz.
- Nie, ANi ty, ani dzieciaki nie idą.
Skonstatowała Molly stanowczo.
- Bo co?
rzekli buntowniczo razem bliźniacy.
- Bo wy nie możecie, jesteście zamłodzi.
Powiedziała uspokajająco Hermiona.
- Cisza,
z obecnie tu zebranych idzie Tonks, Remus, Kinksley i ja.
- Aha
Rzekliśmy hórem.
To co, deportujemy się?
zawołałam ochoczo przewracając dwa krzesła gdy wstawałam od stołu.
- Nie, lecimy na miotłach.
- Aha, jeszcze jedno, Nimfadora te dredy zmień, bo wyglądasz jak nie powiem co.
Zupełnie zapomniałam o dredach, które zrobiłam rano i uśmiechnęłam się
Zmieniłam włosy na mój ranny kolor, a potem wszyscy zawołaliśmy nasze miotły i polecieliśmy do domu Harry’ego.
Znaczy do domu jego nadętych krewnych. Uprzednio obmyśliłam plan, aby dursleyowie się wynieśli mówiąc im, że mają najlepiej utrzymany trawnik i że wygrali nagrodę jakąś za ten trawnik w konkursie.
Wykórzyło ich, a my spokojnie mogliśmy wkroczyć na ich posesję.
No i wkroczyliśmy. Harry był zdezorjętowany jak nas zobaczył.
Szczeże mówiąc, ja też byłam zaintrygowana, bo go widziałam pierwszy raz i naprawdę zrobił na mnie dóże wrażenie.
- No i jak się czujesz harry? Witaj, wiedziałem, że się kiedyś spotkamy.
Powiedział Remus ściskając rękę Harry’ego.
Spojrzałam na Remusa ze zdziwieniem, ale potem przypomniałam sobie, że on uczył Harry’ego w Hogwarcie.
Remus uśmiechnął się do mnie.
- Nie mamy czasu.
Musimy zabrać stąd Harry’ego jak najszybciej.
Harry spakój się nim będzie zapóźno.
- jak chcesz Harry pomogę ci.
Powiedziałam ochoczo, a potem poszliśmy razem na górę do jego pokoju.
Tutaj było najlepiej wsumie nie było takiego porządku na błysk.
Sama nigdy nie lubię jak jest tak wysprzątane.
Zmieniłam kolor swoich włosów, bo mi już ten fiolet nie pasował, teraz zrobiłam różowy i Harry zapytał jak to zrobiłam.
wyjaśniłam mu więc, że jestem metamorfomagiem.
Harry wziął z posępną miną książki i chciał wrzócić je do kufra.
- oh, Harry nie bądź głupi.
Pakuj.
krzyknęłam do kufra, a on zaczął sam pakować wszystko co Harry posiadał.
He, he. fajne. nie?
Moja mama robiła to lepiej, ale ja nie umiem tak dobrze robić tego jak ona.
Ona umiała jeszcze to poukładać.
Machnęłam różdżką, ale tylko skarpety mi się poskręcały dziwnie.
- To trzeba było tak strzepnąć.
- NIc nie szkodzi, ważne, że wszystko jest.
Powiedział Harry.
- ALe, przydało by się to wyczyścić. co?
zapytałam wskazując na klatkę Hedwigi.
- Ah, tak. przepraszam za ten syw.
Rzekł Harry.
- oj, przestań, przestań. Chłoszczyść.
samo się wyczyściło.
hah, jakoś nigdy nie zdołałam opanować tych zaklęć gospodarskich. są dla mnie cholernie trudne.
No dobrze.
- jesteś pewny, że wszystko masz?
zapytałam chłopca.
- Tak, jestem pewny, że wszystko.
wyraziłam głośny zachwyt na temat błyskawicy Harry’ego.
sama chciałabym taką mieć, ale w ministerstwie to tam mało płacą to mnie nie stać.
- Jaka piękna ta miotła. no cóż, ja dosiatam komety 2 60.
- Idziemy.
Locomotor kufer.
machnęłam różdżką, a kufer wzniósł się na kilka cali.
zeszliśmy na dół.
Harry był chyba szczęśliwy, że go stąd zabieramy, ale nie dziwię się gdyby był przygnębiony z powodu listów otrzymanych z minirka.
Inni oglądali w kuchni różne przyżądy mugolskie.
sama mam ich trochę w domu, bo mój ojciec jakieś tam zostawił. Ogólnie był czarodziejem pochodzenia mugolskiego no tak samo jak Hermiona.
x x x x.
jako, że zwój pergaminu mi się skończył to… ciąg dalszy nastąpi.

grimmauld place 12

Grimmauld Place”

28 sierpnia 1996.
Dzisiaj musiałam bardzo wcześnie wstać, ponieważ Alastor jak zwyklę szykował dla nas niespodziankę.
Raczej szykował ją na polecenie Dumbledore’a. No, więc wstałam, włosy zrobiłam krutkie i fioletowe.
Zabardzo nie miałam czasu zrobić jakiś sęsowny kolor. Ogarnęłam się jakoś. potem dosiadłam mojej komety 2 60 i poleciałam do Grimmauld place 12.
To dom Syriusza. Minęło trochę czasu zanim Syriusz i my, cała kwatera zaprzyjaźniliśmy się, ale wiem, że mogę mu zaufać i z nim żartować.
W ogóle fajny jest. Gdy tam trafiłam to zadzwoniłam do drzwi.
Weszłam do śrotka i:
- Choleeraa. Znowu ten wieszak na parasole.
Wygląda jak odcięta noga trolla, a ja znowu się o niego potykam.
Pani Bleck rozdarła się głośno.
- wy szumowiny, męty, nędzne plugawe kreatury. Wynocha stąd, bękarty, mutanty, potwory. Jak śmiecie plugawić dom moich przotków.
Nagle Syriusz z Remusem pojawili się w drzwiach i próbowali zaciągnąć zasłony na portrecie, a ja uśmiechałam się przepraszająco wstając i odstawiając ten beznadziejny wieszak.
- No, i wiadomo kto przyszedł.
Powitał mnie z uśmiechem Remus.
- Ty… Ty zdrajco, ty szkarado, hańbo mego łona.
Wtrąciła się pani Black.
- Mam jej dosyć.
Skwitowałam wchodząc do kuchni.
- Hej Molly.
Przywitałam panią Weasley i usiadłam przy długim stole.
- Oh, witaj Tonks.
Alastor kazał ci przyjść?
- A kazał, kazał i się nie wyspałam przez niego.
rzekłam przecierając oczy.
Nagle do kuchni weszły Ginny i Hermiona.
- Cześć Tonks.
Powitały mnie wesoło.
- Hej.
A gdzie reszta?
Zapytałam.
- Tonks, Tonks.
krzyczeli do mnie Fred i Georg zbiegając z góry.
- Tonks, mamy ci coś do pokazania. Chodź z nami.
Z reguły, jestem bardzo ciekawska, więc poszłam z nimi ciekawa co chcą mi pokazać.
- Wynaleźliśmy coś super.
Powiedział Fred podając mi jakieś pudełko.
Zobaczyłam w nim cukierki.
- Hmm, co to ma być? wygląda całkiem niewinnie.
Wzięłam jednego i rozwinęłam z papierka.
Fred patrzył na mnie uradowany i z zaciekawieniem.
- Zjedz to, zjedz.
Powiedział figlarnie z proszącym uśmiechem, a ja spojrzałam na niego podejrzliwie, ale zjadłam ów cukierek i z nosa zaczęła mi lecieć krew.
- He, he. to działa.
Krzyknoł Georg i powiedział:
- zjedz reszte.
- Ale, ale, co to ma być? chciałam krwawienie jakoś powstrzymać, ale się nie dało.
Byłam lekko zdenerwowana, ale ich posłuchałam i zjadłam drugą połówkę.
Jak się potem dowiedziałam na moje nieszczęście ugryzłam najpierw pomarańczową co wywołało ten krwotok, a fioletowa go tamowała.
Gdybym zjadła fioletową najpierw to nic by mi nie było.
- Ale wy jesteście sprytni.
Rzekłam z podziwem.
- hi, hi, hi, dobrze, że mamuśka nie wie, bo by się na nas darła.
x x x x.
Ciąg dalszy nastąpi.

Patronus i pies

“Patronus i pies”

22 czerwca 1994.r.
- Wstałam dzisiaj bardzo wcześnie.
Nie mogłam już dalej spać. Ten dzień miał być normalny, zwyczajny.
Przez moje okno świeciło słońce.
Zwlokłam się z łóżka i stanęłam przed lustrem, aby doprowadzić się do stanu używalności. To znaczy, zmieniłam włosy na jakiś przyzwoity kolor, oczy tak samo, ogarnęłam się, wzięłam to co najpotrzebniejsze i teleportowałam się do ministerstwa.
W biurze aurorów był tylko Dawlish.
Wyglądał tak mizernie, że przez chwilę pomyślałam, że spał w tym biurze.
Weszłam przez próg i na środku biura się przewróciłam i wywaliłam jakieś książki czy papiery.
Dawlish spojrzał na mnie jakoś tak dziwnie i zapytał czy nie mogłabym ostrożniej chodzić, bo on tu sprawdza te papiery i że ja nic nie potrafię tylko wszystko psuć.
Obrzuciłam go pogardliwym spojrzeniem i jakoś tam posprzątałam te papiery i poszłam sobie.
Tak do połódnia to wszyscy się zeszli, a Moody’ego jakoś nie było.
Bardzo mnie to dziwiło, bo przecież on taki punktualny i dokładny no i w ogóle jak już wcześniej wspomniałam to ciągle na mnie warczy.
Ale dobra tak sobie rozmyślałam i rozmyślałam, czytałam proroka codziennego, w którym Rita wypisywała głupoty, zawsze je wypisywała nigdy jakoś nie wiedziałam co jest prawda, a co nie.
Mówiła, że ministerstwo to zła instytucja, a Knot jakoś nie umie nad niczym zapanować. że Black uciekł to jest nasza wina i wszystko nasza wina.
A mogłaby pomyśleć że to iż Black uciekł to jest wina dementorów, ale dobra, co ja się będę rozwodzić nad jej zakłamaniem.
Tak minęło trochę czasu, zdążyłam atrament wylać no, bo jakże inaczej.
Chyba ten Hufflepuf pasował do mnie jak ulał w Hogwarcie.
I przyszedł tak przezemnie oczekiwany Szalonooki.
Zerwałam się na jego widok podrodze przewracając krzesło.
- Gdzieś ty był?
Zapytałam z wyrzutem.
- Nimfadoro, nie czas na wyjaśnienia.
- Nie… mów… na… mnie, Nimfadora….
- Oh przestań, znaleźli Blacka.
- że co?
Zdziwiłam się i to bardzo, bo przecież jakoś był on nieuchwytny.
- Dumbledore go znalazł.
- Gdzie?
- w Hogwarcie.
- I co, ty tam byłeś?
- No, byłem, ale jakoś się okazało, że jest on niewinny, ale Knot w to nie uwierzy.
Harry, Ron i Hermiona wiedzą, że jest niewinny i wszystko opowiedzieli Dumbledorowi, a on im uwierzył i chyba ja też wierzę.
- A opowiesz mi?
Zapytałam błagalnie.
- Bo ja też chcę wiedzieć.
(i tutaj będzie ta scena, która była w książce Rowling).
- A więc, Patronus.
Remus nauczył Harry’ego wyczarowywać patronusa.
- Tak, dzięki niemu Harry odpędził wszystkich dementorów.
- Moody mówił bardzo cicho wszystko mówił bardzo cicho, aby inni nie słyszeli.
Szczegulnie Dawlish, bo zaraz by się pytał co i jak i gdzie. jaaak ja go nie lubię.
Jakoś teraz poczółam się lżej. Miałam okazję, aby porozmawiać z Remusem i w co nie mogłam uwierzyć odzyskałam kuzyna.
Syriusz nie jest zły i jest chrzestnym Harry’ego. Mimo iż nie znałam Syriusza dokładnie w głębi serca wydawało mi się, że jest niewinny.
Znim też muszę porozmawiać.
Chyba zaczyna się nowa epoka w moim życiu, ale, ale. To ministerstwo, ten minister, który nic nie rozumie.
Petter uciekł i nikt nie wie gdzie on jest.
Pewnie znów przyłączył się do popleczników Voldemorta.
Niby nic się napoczątku dnia nie działo, ale wiadomości Alastora dały mi dużo do myślenia i, podziwiam Harry’ego, Rona i Hermionę zato co robią, zato, że uratowali Syriusza.
Nikomu nie powiem, że jest on animagiem. Nikomu.

Trochę o mnie samej.

Witajcie. Jestem Nimfadora Tonks. Bardzo nie lubię swojego imienia i wolę jak mówi się na mnie po nazwisku - Tonks. Moja mama to Andromeda, a tata Tedy.
Urodziłam się w 1973 roku. Nie jestem taka stara jak wam się wydaje. Dopiero co skończyłam kursy na aurora w Ministerstwie Magii I Czarodziejstwa i mam teraz 21 lat.
Bardzo lubie zespół Fatalne jendze. Jest to zespół rokowy, więc ostre i fajne brzmienie, ale nie tylko lubię rok, bo inne style muzyki też preferuje. Jestem metamorfomagiem, nie muszę wam wyjaśniać kto to taki, chyba, że tego bloga czytają też mugole to wtedy muszę. Mój tata jest mugolem no, ale toleruje nasze czary. znaczy moje czary i mojej mamy. Metamorfomag to ktoś kto umie zmieniać kolor włosów i ogólnie zmieniać wygląd tak jak kameleon. hehe. To jest fajne, bardzo lubię się zmieniać. W ministerstwie pracuje teraz z Moddy’m, który ciągle na mnie warczy. Naprawdę ciągle ale i tak go lubię. Mam do niego wrodzony szacunek, ale nie musi tak na mnie warczeć.
Będę kończyć niedługo pewnie znowu coś tym piórem tu napiszę.
Tonks.