Luty 13, 2012
rozdział 27
Rozdział 27
- kochanie, boli.
- co się stało?
Zapytał lord.
Bellatriks podniosła krzyk.
- mam skurcze. Ja rodzę! Auuu.
- szybko! Deportujemy się!
Wykrzyknął panicznie.
- kiedy ja nie mogę.
Wziął ją na ręce i już pochwili znaleźli się w świętym mungu.
- gdzie tu jest sala porodowa?
Zapytał kogoś voldemort. Lecz zamiast otrzymać odpowiedź osobnik spojrzał na niego z przerażeniem i uciekł.
- imperio!
Rzucił wtedy na innego przechodnia zaklęcie.
- gdzie jest sala porodowa?
Zapytał ponownie.
Przechodzień zaprowadził go tam.
- umieram panie mój.
- spokojnie, wszystko jest pod kontrolą.
Skłamał. Tak naprawdę nic nie było pod kontrolą. Chciał, aby bellatriks już urodziła. Nie mógł patrzeć na jej wykrzywioną cierpieniem twarz.
- nie pomogę jej. Ona jest śmierciożercą.
Powiedziała magomedyczka.
- imperio! Pomożesz?
- oczywiście, że pomogę.
Ułożyła kobietę na posłaniu i kazała jej przeć.
- nie mogę. To boli.
- ale musi pani, inaczej się nie da.
Po pięciu godzinach urodziło się dziecko.
- no i już po wszystkim.
Rzekł lord.
Niestety jego ukochana zaczęła krzyczeć na nowo.
- widzę, że zapowiada się ciężka noc.
Skomentowała położna.
Nadranem urodziło się drugie dziecko. Bellatriks była wycienczona. Włosy przylepiły jej się do twarzy i ciężko dyszała.
- nie mówiłeś, że będzie tak bolało.
Powiedziała zachrypniętym głosem.
- bo nie wiedziałem, że to jest taki cholerny ból. Przepraszam, co się urodziło?
Zapytał położną. Ona podała jedno zawiniontko lordowi i powiedziała.
- to jest chłopiec.
Potem położyła drugie na piersiach bellatriks.
- a to dziewczynka.
Lestrange objęła ją delikatnie rękami.
- będzie się nazywać enobaria bellatriks lestrange.
Co ty na to?
Zapytał czarny pan.
- pięknie. A chłopiec bity marwolo lestrange.
- może bez marwola.
Skrzywił się lekko.
- to jak proponujesz?
- może arkturus?
- nie, bo to zdrajca.
- no to nie wiem, niech już będzie tom.
Zgodził się niechętnie.
- bity tom i enobaria bellatriks lestrange.
Podsumowała, a voldemort skinął głową.
Po tygodniu bellatriks mogła wrócić już z dziećmi do domu. Voldemort raz po raz wznawiał zaklęcie imperiusa na magomedyków. Chciał, aby lestrange czuła się tu jak najlepiej.
Xxxx…
- ah, jaki on śliczny.
Powiedziała do męża halkatla. Urodziła właśnie synka.
- jak go nazwiemy?
Zapytał torfin.
- eingar dorian rowleey?
Zapytała.
- świetny pomysł.
Zgodził się mąż.
- wiesz, on chyba włosy ma po tobie.
Stwierdziła halkatla.
- nie, bo po tobie. Moje ma oczy.
- nieprawda. Ty jesteś jaśniejszym blondynem ode mnie. Twoje ma oczy, a moje włosy.
- ehh, dobra, niech ci będzie.
Xxxx…
- i jak było?
Zapytała halkatla bellę przez kominek.
- cholernie bolało.
Odszepnęła jej.
- co urodziłaś? Ja synka eingara doriana.
- a ja bliźnięta enobarię bellatriks i bity’ego toma.
Obie pogratulowały sobie serdecznie.
- widać, że lord się postarał.
Stwierdziła rzeczowo halkatla.
- hahah, no może. Rowleey też, więc się nie martw. Po jednym porodzie byłam zmęczona. Jak się okazało, że mam jeszcze jedno dziecko to myślałam, że umrę.
- mnie też bolało, ale chyba mniej niż ciebie.
- a jak tam u innych?
Zapytała lestrange.
- narazie prucz nas nikt dzieci się nie dorobił. Żyją sobie jakoś. Raczej szczęśliwie. A jak śmierciożercy?
- czarny pan kazał im się wynosić z mojego domu, a sam przeprowadził się do mnie. Dla innych zrobił siedzibę w herrenhaus. Ogólnie spotkania odbywają się w moim domu. Jest ich ostatnio bardzo mało. Czarny pan chyba naprawdę zaangarzował się w wychowywanie dzieci.
Opowiadała bella.
- jak myślisz, czy on je kocha?
Zapytała halkatla.
- nie wiem. Okarze się chyba jak trochę podrosną. Wkońcu teraz się ekscytuje, bo jest świerzo upieczonym ojcem.
- torfin ma tak samo. Chodzi taki dumny jak nie wiem. Zwraca uwagę na każdy głośniejszy oddech dziecka.
- a w które z was wdał się z wyglądu eingar?
Zapytała lestrange.
- ja uwarzam, że włosy ma po torfinie, a oczy po mnie. Natomiast mój mąż twierdzi odwrotnie. A u ciebie jak to jest?
- voldemort mówi, że bity jest żywą kopią mnie, a enobaria jego. Wzupełności się z nim zgadzam.
Xxxx…
- bella, czy ty wiesz jak to bardzo boli?
Narcyza przyszła odwiedzić swoją siostrę w lestrangemannor.
- tak? To idź sobie do walburgi, albo naszej matki. One ciebie lepiej zrozumieją niż ja.
Powiedziała obrażona lestrange.
- ale ty jesteś moją siostrą.
Zauwarzyła nieśmiało narcyza.
- to co z tego? Gdy rozwiodłam się z mężem, a związałam z czarnym panem to jakoś rodzina nie była nastawiona do mnie przychylnie. Matka to nawet nie zapytała jak się czuję po porodzie i jak nazywają się moje dzieci.
- bellatriks, nie możesz myśleć tylko o sobie.
Skarciła ją narcyza.
- to ty myślisz tylko o sobie. To co z tego, że poroniłaś dziecko? Chyba zabardzo się tym nie przejęłaś, bo wiem, że ty i lucjusz macie kolejne w planach.
- tak, a co, mamy płakać po tym jednym?
- no oczywiście, że tak. Ja bym płakała. Skoro ty nie płaczesz to po jakiegomerlina przychodzisz do mnie?
- chciałam się zwierzyć.
- no to już to zrobiłaś. Idź do matki. Ona cię pocieszy, a mnie zostawcie p w spokoju!
Wrzasnęła bellatriks.
- bella musisz mnie zrozumieć.
- ja nic nie muszę! Crucio!
Narcyza upadła na podłogę. 30 sekund później zaklęcie zostało zdjęte, a kobieta zdeportowała się z trzaskiem.
Bellatriks zaczęła płakać ze złości. Poszła do dziecieńcego pokoju i przytuliła dzieci.
- dobrze, że jeszcze was nikt nie przeklął.
Wyszeptała.
Xxxx…
Voldemort opiekował się swoimi dziećmi najlepiej jak tylko potrafił. Był bardzo zdziwiony tym, że może darzyć kogoś uczuciem. Poza bellatriks, enobarią i bity’m nie kochał zupełnie nikogo. Nadal zabijał mugoli i karał swoich śmierciożerców. Dwa lata później ingrit i rudolfusowi narodziła się córeczka lauren. Tula i regulus też doczekali się dziecka o imieniu allan. Rok później znów na świat przyszła dwójka dzieci. Halkatla i torfin doczekali się córeczki oris. Ingrit znów urodziła córkę finally. I znów rok później przyszło na świat ostatnie dziecko regulusa i tuli. Była to dziewczynka mistral.
(wiem, że narazie może być trudno kojarzyć dzieci, ale będę pukico przypominać czyje jest czyje).
Xxxx…
3 lata później.
Nadszedł czas, w którym voldemort musiał dopełnić słów zasłyszanej niegdyś przez swojego sługę przepowiedni. Musiał zabić chłopca. Przepowiednia mówiła, o tym, że narodzi się ten, który będzie miał moc pokonania czarnego pana. Tom nie chciał być pokonany przez jakąś durną małą istotę. Postanowił więc, że dokona mordu.
- kochanie, nie idź tam.
Ostrzegała bella tuląc się do niego.
- już ci mówiłem, że muszę.
Zaczął bawić się kosmykami jej włosów.
- wcale nie musisz tam iść. Małe dziecko nie stanowi dla ciebie zagrożenia.
- owszem, stanowi. Im szybciej go zabiję tym lepiej. Wrócę tutaj. Pilnuj dzieci.
- ale ja mam złe przeczucia.
Łkała kobieta.
- bellatriks, nie histeryzuj.
Powiedział trochę ostrzej.
- wrócę gdy dokonam morderstwa. Zawsze mi się udawało, więc dlaczego tym razem ma mi się nie udać?
Ujął jej twarz w swoje dłonie.
- wątpisz we mnie?
Zapytał cicho patrząc w jej oczy.
- nie. Nigdy nie wątpiłam. Kobieca intuicja tylko się wemnie odzywa.
Oboje zaczęli się zachłannie całować. Nigdy tak się nie rzegnali, ale bellatriks robiła wszystko, aby zatrzymać swojego ukochanego przy sobie. Chciała zapamiętać smak jego ust, a voldemort nie dopuszczał do siebie myśli, że coś w tym przedsięwzięciu może się nie udać.
- złotko, puść mnie. Przysięgam, że wrócę za dwie godziny najdalej.
Kobieta wypuściła mężczyznę ze swoich mocnych, stalowych objęć. Lord pochwili zniknął, a bellatriks rozszlochała się jeszcze bardziej.
- mamusiu, co się stało?
Zapytał bity.
- nic kochanie. Wszystko będzie dobrze.
Przytuliła synka.
- tak, będzie dobrze.
Powtórzyło dziecko.
Xxxx…
Był już w dolinie godryka. Szedł jedyną ścieszką, która prowadziła do tego domu. Wkońcu dotarł do drzwi, które gdy tylko wyciągnął rękę same się otworzyły.
- to nie będzie trudne.
Powiedział sam do siebie.
- james, to ty?
Zapytała lily evans.
Przed lordem stał mężczyzna bez różdżki.
- avada kedavra.
Wyszeptał voldemort zanim tamten mógł co kolwiek zrobić. Ciało z głuchym łoskotem upadło na posadzkę.
- james, co ty tam robisz?
Zapytała znowu kobieta.
- twój mąż jest już martwy!
Wykrzyknął lord.
Lily szybko zaczęła barykadować drzwi wymyślnymi przedmiotami, aby chronić synka.
Voldemort jednym machnięciem różdżki rozwalił tą prymitywną blokadę.
- nie! Błagam tylko nie harry.
- odsuń się ty głupia dziewczyno.
Wykrzyknął.
Lily stała przy łórzeczku chroniąc dziecko.
- tylko nie harry. Zabij mnie anie jego.
- wcale nie musisz umrzeć. Oddaj mi tylko chłopaka.
- zabij mnie. Nie jego. Błagam.
- sama tego chciałaś. Avada kedavra.
Błysk zielonego światła i kobieta lerzała już martwa.
- jeszcze tylko to dziecko i spokój.
Pomyślał.
Rzucił śmiertelne zaklęcie, które odbiło się od dziecka i trafiło w samego lorda. Dom pod jego wpływem zaczął się walić, a dziecko płakało.
Voldemort uczuł potworny ból. Przez chwilę myślał, że się rozszczepi. Potem uczuł wielką słabość. Stał się wrakiem. Nie był nawet trupem żywego człowieka. Został zniszczony przez tego małego chłopca, który przeżył. Sam czarny pan resztkami sił ukrył się w albańskich lasach. Postanowił przeczekać tam okres swojej niedyspozycji. Chciał, aby ktoś go tam znalazł. Po tym wydarzeniu świat czarodziejów świętował jego zniknięcie. Wszyscy myśleli, że to już koniec morderstw i wojny. Wszystkie krzywdy zostały zarzegnane. Jedynymi osobami, które czekały na lorda była bellatriks z dziećmi. Minęły już dwie godziny od jego zniknięcia. Zaczęła się strasznie martwić, ale poczekała jeszcze godzinę i postanowiła wyruszyć na poszukiwania. Rzuciła na siebie zaklęcie zwodzące i wyszła z domu. Dzieciom podała eliksir słotkiego snu. Nie mogła ich przecież zabrać ze sobą.
- kochanie, gdzie jesteś?
Szeptała raz po raz pytanie w przestrzeń.
Nagle posłyszała na ulicy radosne krzyki. Ktoś wołał.
- radujcie się! Nie ma sami wiecie kogo!
Bellatriks zamórowało. Zdjęła zaklęcie zwodzące i podeszła do człowieka, który wcześniej wykrzyczał tą informację.
Złapała go silnie za ramiona i zapytała.
- nie ma sam wiesz kogo?
- oo tak, najjaśniejsza pani. Rzucił klontwę na małego chłopca, a ta odbiła się od niego i trafiła w sama wiesz kogo.
- voldemorta?
Zapytała.
- droga pani tego imienia się nie wymawia, ale tak. Chodzi mi o niego.
- kłamiesz!
Wykrzyknęła panicznie.
Pobiegła spowrotem do swojego domu i podwinęła lewy rękaw szaty. Zobaczyła, że mroczny znak jest mniej wyraźny.
Czym prędzej deportowała się do herrenhaus.
- zbierajcie się wszyscy!
Wrzasnęła donośnym głosem do śmierciożerców, którzy znajdowali się w domu.
Jej głos niósł się echem, gdyż nagłośniła go zaklęciem sonorus.
- nie będziesz nam rozkazywać.
Warkną avery.
- zamknij się. Spójrzcie wszyscy na swoje mroczne znaki.
Śmierciożercy mimowolnie jej posłuchali. Wszyscy zamarli i wpatrywali się w kobietę oczekując wyjaśnień.
- on zniknął. Czarny pan zniknął. Ludzie na ulicy powiedzą wam jak było.
Tu upadła na podłogę, a z jej piersi wydobył się rozdzierający szloch.
- spokojnie.
Podszedł do niej rabastan z pokrętnym uśmieszkiem na twarzy.
- masz dzieci. Musisz się nimi zająć.
- nie, ja nic nie muszę. Jego nie ma.
Zaczęła krztusić się własnymi łzami.
Ktoś podał jej eliksir uspokajający, a bellatriks z nadmiaru emocji zasnęła.
(przepraszam, że tak wszystko pomieszałam, ale nie wiedziałam jak to opisać).
Filed by skrzypenka at 8:59 pm under Życie Toma Riddle'a - moja twórczość.
4 Komentarze