etetete, czakrowanie i trochę powagi.

“etetete, czakrowanie i trochę powagi”

Hej, boże jaki bezsęsowny tytuł notki. NO, ale co? Jakoś śmiesznie być musi, bo ostatnio mam zły nastrój i może sobie tutaj na blogu poprawię? Skoro mam swoich czytelników to możnaby tutaj ponażekać, pośmiać się i ogólnie, pofolgować sobie. “No, bo co, kurcze blade”. Ooo, cytaty z “Mikołajka” mi się włączają, a to niedobrze. Książkę lubiłam, ale obecnie, nie jest to mój poziom literacki. Zastara jestem na takie dyrdymały. NO, ale dobra. Zacznę odpoczątku, bo jakoś ostatnio się uzbierało. Ja zawsze piszę wtedy, gdy się coś zbiera, bo jak nie ma nic, nic, nic, to nie piszę, a jak jest to z 1000 rzeczy razem i wtedy to już kompletnie nie wiem co napisać. Zanim zacznę, to sobie trochę pogadam. Wiecie co? Czytałam jakieś 5 wpisów z mojego bloga i jakoś zatęskniło mi się za moim “słodkim anatomem” i innymi nauczycielami. Ten “słodki” to cytat z jakiegoś mojego poprzedniego wpisu, gdzieto pytał mnie szanowny z mięśni chyba. Nawiasem, anatomie to chyba umiem najwięcej i fizjoterapię. Facet się postarał i dzięki niemu umiem, a Masażystka? Owszem, starała się, ale ja dużo nie umiem z tego leczenia masażem, więc nie wiem, jak mam zamiar widzieć siebie w pracy w szpitalu. No, ale nie będę gadać trzy po trzy. A może właśnie tego potrzebuję? Ostatnio, ludzie robią mi niewytłumaczalne przykrości. Niby nic, a jednak coś. Jak się tak zbierze wszystko naraz to ciężko jest ogarnąć swój nastrój. W poniedziałek, 2 grudnia byłam w Warszawie na reha for the blind. No i było wsumie ciekawie. Pojechałam tam z ludźmi z fundacji szansa z Łodzi no i poznałam dużo ciekawych osób. Po oglądałam sprzęty, jeśli to tak można nazwać, bo sprzętów jakotakich dla niewidomych było mało. Znalazło się coś, co mogłam potestować. Były to linijki brajlowskie. taki niemiec je miał. Tutaj już zaczyna się seria maleńkich przykrości, które mnie spotkały w ciągu tego tygodnia. No, ale zanim dojdę do owego niemca to powiem, że jakichś komferencji od pana Galbarczyka byłam w obowiązku wysłuchać. Boże, jak ja nie lubię tego faceta. Robi z siebie takiego komika, że ręce opadają. No, ale cieszę się, że namówiłam moją przyjaciółkę Justynę i koleżankę Marzenę na wyjazd do Warszawy. No i wracając do niemca. Podeszłam do niego i pytam co on tu ma. NO rzecz jasna nie wiedziałam, że to niemiec, więc on zaczął po angielsku, a ja przeszłam na niemiecki. Ciężko zbieram myśli na niemiecki z polskiego, bo no kurcze, nie jestem człowiekiem zaawansowanym w tej dziedzinie językowej, ale kocham. No i on wyjaśnia mi o tej linijce, a naokoło ludzie krzyczą: “Linda, tłumacz”. Linda nie umiała powiedzieć im, żeby przestali gadać, bo niemiec do niej mówił, a w owym czasie, niemiec był jedynym głosem, którego słuchać chciała. No, bo ahhhh, ten akcent, ahhh, ta barwa, ten niemiecki, ten ton, dźwięk, tonacja. O boże. Czy ja muszę reagować tak na głosy niemców? Przy tym pisaniu powaga zdecydowani mi się nie trzyma. No i potem, ktoś przerwał wywód niemcowi i zaczął po angielsku mu nawijać. Facet mnie zignorował i poszedł do tej drugiej jednostki ludzkiej. Zrobiło mi się cokolwiek przykro, bo ja nie nawidzę, gdy ktoś mnie ignoruje, a pojęcie ignorancja jest mi szerokoznane, bardzo mnie dotyka i mogę na ten temat napisać rozprawę i jeszcze by było mało. Nawet zapomniałam wziąść z tego stanowiska sprzętowego ulotki, bo tak się przejęłam. No,bo to był niemiec, ideał ordnungu wszelakiego, (czytaj, porządku) i perfekcjonizmu. No, ale sumując ten dzieńń to nawet było ciekawie. Po strzelałam sobie trochę na strzelnicy dla niewidomych i fajnie było. Pierwszyraz trzymałam broń w ręku. ahhhh. 27 punktów na 30 wystrzelałam, więc możecie wynajmować mnie do zabójstw na zlecenie. hahaha. Grałam w pinkponga, ale to nie dla mnie, bo ta piłeczka mi uciekała i kolega widzący musiał za nią latać. Nie wiem, jak niewidomi mogą w to grać, ale dobra. Dużo znajomych na tej resze spotkałam, także było pięknie, bo się strasznie cieszyłam na wyjazd. Nie wiecie jak bardzo mnie dotknęła ignorancja niemca, bo potem on z tą Justyną moją gadał i sobie uświadomiłam, że ja to tak naprawdę mało umiem po niemiecku i, że nie jestem tak dobra w niemieckim, jak Justyna w angielskim. To mnie zdołowało. Jeszcze w drodze powrotnej ukradli nam trakcję i przyjazd naszego pociągu się opóźnił o godzinę. Fatalny koniec dnia. Dotego doszło wtedy zmęczenie i rozgoryczenie, więc było tak sobie. Aaa, przykrość, o której zapomniałam w owym dniu. Nie będę jej tak opisywać, bo to nie jest sprawa na blog, ale kolega taki jeden się zmienił. Jeśli czyta bloga w co wątpie, to może przemyśli. Na reha zostałam do niego zaprowadzona przez taką panią Małgorzatę. Rozumiem, że ten facet miał dziewczynę, którą dobrze znam. Z którą przywitał się wylewnie, mimo, iż nie są już w związku. Mnie zignorował. To nic, że znamy się z nim już 17 lat, ale tak też można. 3 grudnia, we wtorek,w moje urodziny, dzwonił do Justyny, a ona mówiła, że jestem u niej. Facet przekazał życzenia jej dla mnie. Myślałam, że zadzwoni osobiście, zawsze tak robił. Potem zadzwonił do Marzeny, która też była u Justyny. A do mnie, w moje urodziny nie umiał? Popłakałam się. Bo mógł mi te życzenia osobiście złożyć, przez telefon.

Xxxx…
30 grudnia. Moja dezorganizacja sięga zenitu i mnie przeraża. Nie wiem co ostatnio się ze mną dzieje, ale nie umiem się w sobie zebrać. Totalnie nie potrafię sobie czegoś zamierzyć, a potem to zrobić. Piszę kolejne wydarzenia, które miały miejsce w grudniu. Niby nie było ich dużo, ale jednak trochę się uzbierało, a przecież nie dokończyłam jeszcze wpisu. No i chciałam napisać, że moje przyjęcie urodzinowe trzeciego grudnia żecz jasna się udało. Potem, ósmego grudnia zostałam zaproszona na obcojęzyczne kolędowanie. Można tam było śpiewać po: niemiecku, francusku i angielsku. Szkoda, że nie było rosyjskiego. Ostatnio mam wielki sentyment do tego języka. Próbuję się go uczyć, ale kompletnie nie potrafię zapamiętać końcówek przy odmianach w wyrazach i to strasznie mi ciąży. Śmieję się, że niedługo będę lepiej mówiła po rosyjsku, a po niemiecku pisała, bo po rosyjsku nie mam barjery w mówieniu, a w niemieckim mam. Natomiast, po rosyjsku nie umiem pisać, a po niemiecku piszę bardzo chętnie. Wiem, jedno przeczy drugiemu, ale co zrobić. Wracając do ogólnego tematu kolęd. Śpiewałam tam kolędę o tytule “leise Rieseld der Schnee”, znaczy to tyle co “cicho pada śnieg”. No i myślę, że to całe śpiewanie się nie udało, ponieważ musiałam śpiewać na zewnątrz, a owego dnia było poprostu bardzo zimno. Cofnę się do siódmego grudnia, bo jakoś mi umknął ten dzień, a był on też ważny. Skąd się wziął tytuł notki? Tutaj zostanie to właśnie wyjaśnione. Tegoż dnia, byłam na kursie masażu gorącymi kamieniami. Myślałam i wydawało mi się, że masaż ten będzie łatwizną, zważywszy na to, jaki pokazywała mi moja szkolna masażystka. Nic bardziej mylnego. Masaż sam w sobie był trudny. Kamienie trzeba było zostawiać na poszczegulnych częściach ciała, ba, trzeba było je wymieniać, gdy zrobiły się zimne. Ale co mnie rozbawiło? Rozbawiło mnie to, że na końcu takiego masażu stosuje się kamienie czakra, które mają zazadanie uwolnić złą energię z człowieka. Takie tam dyrdymały, zaprzeproszeniem. Bo cóż jest fascynującego w czakrach, przepływie energii i jakichś niekonwencjonalnych bzdurach, których nie stosuję się w medycynie? Ano, ja sądzę, że nic. Największy miałam ubaw, gdy przez cały następny tydzień musiałam zakuwać te wszystkie czakry, właściwości owych kamieni, przepływ energii ludzkiej w kanałach przepływu energii pozytywnej i negatywnej i o meridianach i dziwnych tam innych rzeczach. Także to nazwałam etetete, czakrowaniem, ponieważ jest to dla mnie bezsęs, do którego odnoszę się sceptycznie. Tydzień później miałam drugą część tego kursu. Obie trwały razem chyba z 10 albo osiem godzin. Tak to mniej więcej powinno wypaść, ale zawsze troszkę nam się przedłużyło. Dla mnie masaż ten nie był wcale przyjemny, ani relaksujący. Preferuje zwykły, leczniczy, ale cóż. Klijęci przychodzący do Spa cenią sobie taki. Co więcej? No teraz to już chyba powinnam przejść gładziutko do świąt, które prawda przeminęły z wielkim chukiem. Zawsze tak jest, że w sklepach handel świątecznymi ozdobami rozpoczyna się już od listopada, co jest wielką komercją, ale na to niestety wpływu nie mamy. Takie postępowanie sprawia, iż nie czuje się tej atmosfery świątecznej. Matko, co ja tu wypisuję, chyba jestem zamało wygadana, albo zdesperowana, że aż tyle słów muszę przelać, ładnie by było, gdybym napisała, że na papier, ale ja przelewam na komputer, więc to nie jest już takie ładne stwierdzenie. No co, święta spędziłam z mamą, tatą i siostrą. Pod choinkę dostałam: perfumy, duży kubek, który chciałam, aby mieć herbaty pod dostatkiem, bo to wspaniały napój, kolczyki, koszulę nocną i skarpetki. Na pasterkę poszłam razem z tatą i było fajnie. Zapomniałam nadmienić, iż kupiłam sobię już leżankę przed świętami. Zamówiłam dzień po moich urodzinach, a 14 dni później miałam ją już w moim domu. Jest ona firmy medmal i jestem z niej zadowolona. Ciężkie to jest jak cholera, ale bardzo wygodne podczas zabiegu. Jutro sylwester. Nic nadzwyczajnego. Myślałam, że zostanę w domu sama z Justyną, z którą spędzam ten czas, ale zostaje jeszcze Emila ze swoim chłopakiem, więc trochę beznadzieja. Myślę jednak, że spędze ten czas jakoś miło. Rodzice idą na jakąś zabawę do swoich znajomych, których ja nie znam. To chyba już wszystko. Obiecuję, że nie urżnę się jutro jak świnia alkoholem, bo mam wstręt i obrzydzenie, więc będzie prawie bez alkoholowo, tylko z jedną lampeczką szampana. Tęskni mi się za moją Agatą, z którą piszę opowiadanie tu na blogu i za przyjaciółką Martą, z którą mam żadki kontakt, ponieważ ona nie posiada ani telefonu komórkowego, ani internetu. Tylko telefon stacjonarny, co bardzo utrudnia kontakt. Nie zamęczam już was i do następnego wpisu. Dzisiejszy był taki bez chumoru, ale niekażde dni są wesołe.

30 Tyrion

“Tyrjon”

Jechali przez las. Zimny wiatr uderzał ich w twarze. Tyrjon otulił się szczelniej niedźwiedzim futrem, które zdobyła dla niego Artemida.
- Daleko jeszcze do tej kurewskiej przystani?
- Zapytał Hefajstos. Tyrjon roześmiał się szczerze. - Masz rację, jest pełna kurew i burdeli, ale już blisko.
- Czemu nie jedziemy Królewskim traktem, tylko przez jakieś lasy, pola i bagna?
- Zapytała Sansa.
Tyrjon wiedział, że Apollo nie chciał zabierać Sansy w tak niebespieczną podróż, ale ona uparła się, że musi jechać i pomóc w uwolnieniu swojej siostry. Zdziwił się stanowczości z jaką o tym mówiła, bo zwykle była uległa i posłuszna. Apollin też był zdziwiony i po wielu namowach i proźbach się zgodził. Wzieli też z sobą Tyrsa, sześcioletniego synka. Tym razem to Sansa protestowała, ale Apollo jej wytłumaczył, że herosi dojrzewają szybciej i zmienił chłobca w szesnastoletniego młodzieńca.
- Moja droga Sanso, - Zwrócił się do dziewczyny łagodnie. - Gdybyśmy jechali główną drogą Stannis i ta jego banda z płonącymi sercami wyszytymi na piersiach dawnoby nas dopadła. W ten sposób jesteśmy dyskretni i nie zwracamy na siebie uwagi, a po wtóre nie narażamy się na niepotrzebne walki.
- Chyba powinniśmy się zatrzymać na nocleg. - Rzekła Artemida. - Konie są już ledwo żywe. - Cholera, od dawna twierdziłem, że te konie, to zły wynalazek. - Oświadczył Hefajstos trochę niezdarnie złarząc z siodła. - Mówiłem to już wtedy, gdy pierwszy raz na takowym jechałem. - A co ci się w nich nie podoba?
- Uprzejmie zapytał Tyrjon. - To, że są tak cholernie wolne.
- przecież nie morzemy paradować na pegazach w tych okolicach, skoro mamy udawać ludzi, to znaczy skoro wy macie ich udawać. - Poprawiła się dawna łowczyni wyciągając swój łuk.
- Musicie mu wybaczyć pośpiech, chce znaleść swoją żonę. - Wtrącił Apollo. - Gdyby oni porwali Sansę moje serce też byłoby rozrywane cierpieniem, gorączką i niepokojem. - Przestań wygłaszać te swoje farmazony. - Zdenerwował się bóg kowali.
- dobrze, drogie dzieci, gawożcie sobie dalej, a ja idę upolować coś do jedzenia. - Oznajmiła Artemida.
- Czekaj siostra, idę z tobą! - Zawołał Apollo i poszedł za nią w las.
Tyrjonowi niewiedzieć czemu przypomniał się Robert i jego zamiłowanie do polowań. W tym momęcie nadjechała spora gróbka bóztw olimpijskich. Byli to: Zeus, Hera, Ares, Atena, Posejdon, Asklepios i Persefona.
- Mówiłem, że gdybyśmy płynęli statkiem już byśmy byli na miejscu. - Zrzędził Posejdon. - Niee, tylko nie statek. - Powiedział Tyrjon. Miał już dość podróżowania statkami od czasu, gdy uciekał do wolnych miast przed karą za żekome otrucie Jowfreya.
- Na spienione wody, czy w waszej rodzinie wszyscy cierpicie na jakąś awersję do statków i morza?
- Zapytał lekko poirytowany Posejdon. - Nie wiem, moja rodzina jest dość duża i nie jestem w stanie wymienić na co cierpią.
- Odparł Tyrjon. - Ja też bym nie chciała płynąć. - Odezwała się Sansa. - To by mi przypominało moją ucieczkę z Królewskiej przystani. - Zadrżała. Tyrs ją przytulił.
- No widzisz bracie? Nikt nie lubi twojego królestwa. - Powiedział złośliwie Zeus. - Zamknij się!
- Sarknął Posejdon, a ziemia zatrzęsła się lekko.
- Bo co mi zrobisz? - Zapytał Zeus uśmiechając się sardonicznie. - Jestem od ciebie silniejszy i to ja mam władzę. - Uprzejmie przypomniał władca Olimpu. - Ale to ja jestem starszy i mi się ta władza nalerzy.!!!
- Ryknął Posejdon, aż kilka ptaków siedzących na pobliskim drzewie zerwało się w popłochu.
- A wy znowu o tym samym. - Westchnęła Hera. - Tak, bo on kfestjonuje moją władzę i podwarza autorytet. - Wybuchnął Zeus, a grzmot rozdarł ciszę nocy.
Tyrjon pomyślał sobie, że bustwa zachowują się trochę dziecinnie. Nigdyby jednak nie powiedział tego na głos
- Jeśli zaraz nie przestaniecie zamienie was w kwiaty. - Zagroziła Persefona.
- Och Persi, kochanie, chyba tego nie zrobisz?
- Zapytał Zeus, a Hera zgromiła go wzrokiem.
- Po pierwsze, to nie jestem twoim kochaniem, po drugie nie nazywaj mnie jakimś durnym zdrobnienięm, a po trzecie jak mnie będziecie denerwować, to zamienie was w stokrotki.
- Mówiąc to Bogini miała poważny wyraz twarzy. - Kochanie, ty nie możesz mi tego zrobić. Nie wyglądałbym wtedy tak dostojnie, jak władca winien wyglądać. - Oponował Zeus, a na jego twarzy widniał błagalny wyraz, który w ogóle nie pasował do władcy.
- Jakie kochanie?
- Warknęła Hera, a jej oczy rozbłysły niebespiecznie. - Obiecałeś, że już mnie nie zdradzisz.
- Zeus podszedł do swej małżonki i dał jej siarczystego całusa w policzek. - Chercia, ja poprostu lubie, jak jesteś zazdrosna. - Powiedział niekfestjonowany pan Olimpu i cmoknął swoją żonę raz jeszcze, tym razem w drógi policzek.
- Wiecie co? Wasze zachowanie jest skandaliczne. - Uświadomiła ich brutalnie Atena. - W ogóle nie zachowujecie się tak, jak na bóstwa przystało. - Oj córcia, nie bulwersuj się tak. - Zwrócił się do niej gromowładny. - Trzeba się jakoś odstresować.
- Dalszą sprzeczkę przerwało nadejście Artemidy i Apolla. Upolowali wielkiego łosia, którego wszyscy przedstawiciele ludzkiej rasy podpiekli nad ogniem i zjedli z chlebem i serem. Po posiłku wszyscy udali się na spoczynek, Poza Aresem, który jako pierwszy pełnił nocną wartę. Tyrjon wszedł do namiotu i ułorzył się obok Artemidy.
Kiedy dostał list od Stannisa, w którym ten pisał w grzecznych i dobitnych słowach, że jeśli nie karze wycofać się swoim wojskom zabije jego siostrę, którą wziął jako zakładniczkę, Tyrjon się tym nie przejął. Nie nawidził swojej siostry za to, co mu zrobiła i nie zamierzał jej pomagać. On walczył jedynie w sprawie Tommena.
Lecz kiedy Artemida opowiedziała mu o wiadomości otrzymanej przez Zeusa, nie mógł tego z ignorować. Postanowił pomuc, choćby ze względu na swoją żonę, która choć już nie była boginią, to nadal kochała mieszkańców Olimpu. Wyruszył więc wraz z nią i innymi bóstwami. Miał im pomóc w poruszaniu się po siedniu królestwach dyskretnie. Przy okazji musiał odbić Cersei i jej córkę Stannisowi. Zastanawiał się jaka jest ta córka. Miał tylko nadzieję, że nie taka, jak jej matka
Stannis więził jednak nie tylko jego słodką siostrę, ale też Aryę Stark i jej syna.
Gdy Tyrjon o tym usłyszał zdziwił się niepomiernie, że Arya jeszcze żyje, po tym, jak okazało się, że żoną Ramseja Boltona nie jest Arya wszyscy uznali ją za zmarłą a tu okazało się, że nie tylko Arya żyję, ale jest żoną jednego z bóstw olimpijskich i ma z nim troje dzieci. Tyrjon nie znał tak dobrze Aryi. Pamiętał ją jako małą, szczupłą dziewczynę z wiecznie potarganymi włosami i w męskim ubraniu.
Polubił jednak Hefajstosa po mimo tego, iż ten bóg był szorstki dla innych i często bywał zgryźliwy i opryskliwy. Był jednak szczery i nikomu nie mydlił oczu, co też podobało się Tyrjonowi.
Polubił też Posejdona, męża Cersei. Nie wiedział tylko jak władca mórz i oceanów morze wytrzymać z jego siostrunią. Ziewnął potężnie i uznał, że pujdzie już spać.
Xxxx….
Wjechali do miasta. Tyrjon przyglądał się wszystkiemu niechętnie, a jego niezbyt miłe wspomnienia związane z tym miejscem powróciły z całą mocą. Na szczęście nie miał czasu ich rozpamiętywać, bo podjechał do niego Hefajstos i powiedział.:
- A więc to jest ta kurewska przystań, a gdzie są kurwy?
- Och nie martw się, są w przybytkach rozkoszy, ale my nie będziemy tam wchodzić, bo mamy tu ważniejsze sprawy do załatwienia.
- Tyrjonie, co to za budynek?
- Zapytała Atena wskazując na budynek z siedmioma wierzami. Zamiast niego odpowiedział jej Posejdon.
- To jest jakiś tam sept Balerona, czy jakiegoś tam. - Nie Balerona, tylko Baelora. - Poprawiła go święcie oburzona Sansa. - Nie obrażaj świętych.
- On ma do tego tędencje. - Oznajmiła Atena. - No, Posejduś, czy tę świątynie też sprofanowałeś uprawiając miłość na ołtarzu któregoś z tych bóstw?
- Zapytała grzecznie Pallada. - Wyobraś sobie, że nie. Odparł Posejdon z godnością.
- W takim razie gdzie uprawiałeś miłość ze swoją bląd pięknością o zielonych oczach?
- Drążyła temat bogini mądrości. - Jak już tak koniecznie chcesz wiedzieć, to robiliśmy to na żelaznym tronie w czerwonej twierdzy. - Oświadczył władca mórz.
Po tym oświadczeniu Tyrjon musiał się roześmiać. Wyobraźnia podsunęła mu obraz jego siostry siedzącej w negliżu i Posejdona pochylającego się nad tronem.
- A nie bałeś się, że moja słodka siostra pokaleczy sobie tylną część swej Lannisterskiej osobowości?
- Zapytał Tyrjon z rozbawieniem. - Drogi Tyrjonie Lannister, potomku Tywina i Joanny Lannisterów, zwany karłem, krasnalem, i małym pokracznym demonem, mistrzu sprytu i ojcobójco, wyobraź sobie, że my bogowie potrafimy więcej, niż twój lannisterski rozumek jest w stanie pojąć. - Perorował Posejdon, a Artemida gromiła go wzrokiem. - Otóż my potrafimy zamieniać różne rzeczy w inne, oraz zamieniać kształty i kąsystęcje przedmiotów i cieczy, gazów i ciał stałych. Tak więc ja zamieniłem tron tak, aby był gładki jak przysłowiowa dupcia niemowlęcia. - Jesteście obrzydliwi, nie rozmawiam z wami. - Oświadczyła Sansa. - ej, sztywniara z ciebie Stark. - Stwierdził Posejdon.
- Nie obrażaj mojej żony. — Powiedział ostrzegawczo Apollo. - A co ty mi możesz zrobić, poeto wierszokleto?
- Zapytał Władca mórz z pogardliwym wyrazem twarzy. - Nie drażnij mnie Neptunie, bo nie chciałbyś znać mego gniewu. - Ostrzegł go Apollo.
- Radziłbym się uspokoić, bo dojeżdżamy do zamku. - Uqrzejmie poinformował Tyrjon, a wszelkie spory zostały chwilowo zagaszone.
Zwłaszcza, że Sansa zaczęła się trząść, a jej twarz zrobiła się blada. Tyrjon nie dziwił się dziewczynie. W końcu nie przeżyła w Czerwonej twierdzy miłych dni. Złe wspomnienia musiały teraz do niej powracać.
Tommen przyjął ich w małej komnacie audięcyjnej, pozostawiając reszte spraw swojemu namiestnikowi.
- Cieszę się, że mogę was tu gościć. - Powiedział syn Cersei. - Sanso, jesteś nadzwyczaj piękna i chyba czujesz się lepiej, niż ostatnim razem, gdy się widzieliśmy.
- Sansa zarumieniła się i skromnie spuściła oczy. - Dziękuję, wasza miłość. - Odrzekła grzecznie. - Jaka tam wasza miłość? Porzućmy te konwenansy, przecież znamy się od dziecka. Napijecie się czegoś?

Nie czekając na odpowiedź przywołał służącą nakazując jej przynieść dzban najleprzego wina i przekąski. Gdy już służba spełniła to polecenie Tommen przeszedł do rzeczy:
-A więc Zeusie, otrzymałeś imejla z groźbami od Stannisa?
- Tak, wasza miłość. - Odrzekł gromowładny. - I w tym imejlu Stannis przyznał się, że porwał moją siostrę, matkę, oraz Aryę z jej synem?
- Upewnił się król. - Nie do końca. Napisał tylko o Cersei i Aryi. Sami się domyśliliśmy, że porwał też Muszelkę i Brana. - sprostował Zeus.
- Do mnie też napisał list, w którym zarządał wycofania prze ze mnie armi. - Wtrącił Tyrjon. - Szantarzował mnie, że jeśli tego nie zrobie nadal będzie więził moją siostrę. - I co zrobiłeś wóju?
- Nie wycofałem wojsk i nie zamierzam tego zrobić. - Odrzekł krasnal nalewając sobie wina.
- Dlaczego Stannis porwał moją matkę siostrę i Arye?
- Ponieważ chciał nas szantarzować i za pomocą tego szantarzu i porwania zmusić nas, abyśmy pomogli mu zdobyć tron. - Odpowiedział Hefajstos. - I co zrobiliście ?
- Dopytywał się dalej Tommen, a Tyrjon zastanawiał się do czego zmierza jego siostrzeniec.
- Wyruszyliśmy w podróż, aby odszukać porwanych i ich uwolnić. Postanowiliśmy też pomóc wam w prowadzonej wojnie. - Odparła Atena ostrożnie upijając łyk wina. - Narazie skupiamy się na odbiciu porwanych, ale podejmujemy już pewne kroki zmierzające do pomocy Lannisterom. - Kontynuowała Pallada. - Hades, nasz bóg zmarłych, który przyjaźni się z Jonem dostarczy wszelkich potworów zamieszkujących Tartar. Razem z Jonem wywołują dusze niektórych zmarłych z rodu Starków. Chcą wywołaćć duszę Catelyn Stark, jej męża Eddarda i syna Robba, a także ich dziadka Hostera z rodu Tullych.
- A poco temu Hadesowi Jon?
- Zapytał Tyrjon dla którego to całe wywoływanie duchów było nowością i trochę się tego obawiał. Uwarzał, że zmarli powinnni spoczywać w spokoju i nikt nie powinien im tego zabraniać.
- Ponieważ do wywołania duż zmarłych krewnych jakiejś osoby jest potrzebny rytułał krwi. - Odrzekł Apollo. - Nie znam się na tym, więc nie wiele mogę wam powiedzieć.
- Jon wysłał już armie dzikich pod przewodnictwem dawnego króla za mórem i jakiegoś Tormunda, czy kogoś takiego. - Odezwał się Tyrjon. - Ci dzicy mają łazić na tyłach armi wroga i niepostrzeżenie wykańczać żołnierzy.
- A co zrobicie, jak już odbijecie porwane osoby?
- Zapytał Tommen. - Przyłączymy się do twojej armi. - Odpowiedział Zeus. - W końcu teraz to też nasza wojna. Stannis naraźił się na naż gniew i musi ponieść tego konsekfęcje.
- Dziękuję wam wszystkim za pomoc. - Powiedział Tommen, a Tyrjon zauwarzył, że jego siostrzeniec jest wzruszony. - Pozwulcie, że i ja wam pomogę. - Powiedziawszy to wyciągnął z szuflady zwiniętą w rulon mapę i rozwinął ją na stole. - Tu, jest miejsce, w którym się obecnie znajdujemy. - Powiedział wskazując na jakiś punkt na mapie. - tu zaś jest zamek Harrenhal należący obecnie do naszej armi. Riwerun też do niej należy., ale Bliźniacze wierze Freyów są już w obozie wroga, bo Freyowie znowu zmienili strony i teraz opowiadają się za Stannisem. W jego posiadaniu jest też Smocza Skała i podejżewam, że właśnie tam Stannis więzi moją matkę i siostrę, oraz twoją rodzinę Sanso. Smocza skała lerzy na wyspie nad morzem i jest trudna do zdobycia, ale wy jesteście bogami, no przynajmniej większość z was i wierze, że wam się to uda. - Mówiąc to król pokazywał im na mapie umiejscowienie zamku, oraz drogę do niego.
Xxxx….
Cieszę się, że to jest nad morzem. Będzie można statkiem płynąć i szybciej się tam dostaniemy.
- Powtarzał ciągle rozętuzjazmowany Posejdon.
Tyrjon miał już dość jego gadania. Wcale nie uśmiechało mu się pływanie statkiem choć może teraz nie będzie tak źle jak ostatnio, bo władca wszelkich słonych i spienionych mórz i oceanów obiecał, że nie zrobi sztormu, ale wywoła silną morską bryzę, żeby ich statek płynął szybko.
- musimy ustalić kilka rzeczy zanim dojedziemy do Lannisportu i wsiądziemy na statek. - Rzekła Atena, a jej głos wyrwał Tyrjona z zamyślenia. - A co ty chcesz ustalać?
- Zapytał Posejdon bez zbytniego zaciekawienia. - Strategie i plan działania zgodnie z którym będziemy postępować, gdy już znajdziemy się w Smoczej Skale. - Odparła bogini patrząc na Posejdona nie przychylnie. - Chyba nie wejdziecie do tego zamku mówiąc cześć Stannis, oddaj nam krewnych.
- Nie, my poprostu wyciągniemy miecze i pozabijamy wszystkich. - Oświadczył Tyrs. - Dobrze mówisz mały. - Poparł go Ares.
- Ja uwolnie moją rodzinę, a potem spalę tą ruderę, którą oni nazywają zamkiem. - rzekł gniewnie Hefajstos, a w jego oczach zapaliły się iskry gniewu.
- Wy w ogóle nie myślicie. - Oznajmiła Atena ze złością. - Odezwała się myślicielka. - Zadrwił Posejdon. - Jeśli chcesz uwolnić swoją żonę, to lepiej słuchaj mnie uważnie, bo dwa razy nie zamierzam powtarzać. - Warknęła Atena. - A może ja chce ją uwolnić bez twojej pomocy o mądrości nad mądrościami, i płonąca lampo wiedzy?
- Drwił dalej neptun. Tyrjon uwarzał w duchu, że tym razem Posejdon przesadził i miał rację. Atena zerwała się ze swojego miejsca, a jej oczy ciskały gromy na władce mórz.
- Proszę bardzo, skoro jesteś taki mądry i tak wybitnie uzdolniony, to sam sobie szukaj Cersei. Ja palcem nie kiwne, aby ci w tym pomóc.
- Posejdon już otwierał usta, aby coś odpowiedzieć, lecz ubiegł go Zeus: - Myślę, że powinniśmy wysłuchać tego, co Atena ma do powiedzenia. Jeśli nie spodoba nam się jej plan zawsze możemy wspólnie pomyśleć nad czymś innym.
- Jako, że słowo Zeusa jest niekfestionowaną świętością wszyscy grzecznie usiedli. Tyrjon dostrzegł jednak jak Posejdon mamrocze coś pod nosem.
- A więc mam pewien plan, który pomorze nam w uwolnieniu uwięzionych przez Stannisa. Może być też pomocny w wygraniu przez nas tej wojny. - Podjęła Atena - Potrzebujemy szpiegów na Smoczej skale. Dwóch dziewczyn i jednego mężczyzny. Kobiety zostaną służącymi i będą słuchać co mówi się w twierdzy. Jeśli uda się im zlokalizować miejsce, w którym są przetrzymywani wieźniowie powiadomią nas o tym. Poproszę Hermesa, aby był naszym posłańcem. Będzie też miał z sobą laptop, aby szpiegowie mogli wysyłać maile. Mężczyzna jest potrzebny do przeglądu broni i wojska jakimi dysponuje Stannis. Kto zgłasza się na szpiegów?
- Zapytała Pallada patrząc na wszystkich. Tyrjon uznał, że jej pomysł jest bardzo dobry. Sam był przebiegły i sprytny, więc potrafił ocenić takie rzeczy. Zastanawiał się czemu Posejdon i Atena tak się nie znoszą. Jego zamyślenie zostało przerwane przez słodki, delikatny głos, w którym brzmiała tak niespotykana tam twarda nuta. Głos ten był mu znajomy i należał do Sansy Stark.
- Ja pójdę jako jedna z służących.
- Tyrjon popatrzył na Sansę zszokowany i tak samo patrzyli na nią wszyscy zgromadzeni.
- Nie możesz się narażać kochanie. - Przerwał ciszę Apollo. - Nie pozwole na to. - Sansa wstała, a Tyrjon dostrzegł determinacje w jej niebieskich oczach, które odziedziczyła po matce. Teraz bardzo ją przypominała. Bardziej, niż kiedy kolwiek.
- - Już dość siedziałam z założonymi rękami patrząc, jak blizcy mi ludzie odchodzą i bojąc się wystawić nosa z klatki w której mnie zamknięto. - Przemówiła - wtedy byłam jeszcze dzieckiem mażącym o pięknych strojach i wierszach. Blizcy odchodzili, ale gdy po tylu latach odzyskałam siostrę będę walczyć o nią. Nie potrafię się posługiwać tarczą, ni mieczem, ale plan Ateny daje mi pole do popisu. Będę służącą u Stannisa. Postaram się zostać pokojówką Melisandre. Zmienicie mi tylko wygląd.
- Ja też pójdę. - Oświadczyła Persefona. - Będę służyła i szpiegowała, a jak ktoś mi w tym przeszkodzi, albo będzie chciał skrzywdzić Sanse, to zamienie go w konwalję.
- A ja pujdę przeglądać wojsko i broń. - Zaofiarował się Tyrs. Tyrjon zauwarzył, jak Apollo uśmiecha się do syna. Zapewne cieszył się, że Sansa będzie miała obrońce.
- A co my mamy robić w tym czasie?
- Zapytała Hera. - Pójdziemy na Olimp i zaczekamy, aż Hades i Jon wywołają martwych z za światów. Wtedy się do nich przyłączymy i razem pójdziemy uwalniać porwanych. Będziemy korzystać z informacji udzielonych nam przez naszych szpiegów. - Wyjaśniła Atena. - Potrzebujemy jeszcze dwóch szpiegów do armi Stannisa.
- To ja pójdę. - Zgłosił się Ares, a w jego oczach zapaliły się niebespieczne błyski. - I ja. - Rzekł cicho Tyrjon. - Ty?
- Zapytała pogardliwie Hera. - A co taki karzeł może dla nas zrobić?
- Krasnal poczuł, jak gniew rozsadza go od środka. Nie lubił Hery, bo w jakimś stopniu przypominała mu Cersei. Tolerował ją jednak i miał do niej szacunek ze względu na swoją żonę i jej pochodzenie, oraz dla tego, że Hera była boginią. Stłumił w sobie gniew i ścisnął Artemidę za ramię, bo patrzyła nie przychylnie na władczynię Olimpu.
- Droga Hero. Nie wiem, czy ci wiadomo, ale mój ród wywodzi się od Lanna sprytnego, który zdobył Casterlyrok posłógując się tylko i wyłącznie swoim umysłem. Ja jestem mały, ale obdarzono mnie sprytem. Sądze więc, że przydam się jako szpieg. Pozatym fajnie będzie przez jakiś czas oglądać świat z wysokości normalnego człowieka, bo jestem pewien, że zostanę przemieniony. Pisała Agata.

29 Cersei

“Cersei”

“Ostrzeżenie.
W tym rozdziale pojawiają się tortury i wulgaryzmy. Starałam się, aby tortury nie były zbyt brutalnie opisane, a wulgaryzmy ograniczyłam do minimum
cersei

Leżała na czymś twardym i głowa ją bolała. Nie miała pojęcia gdzie się znajduje. Z oddali dobiegało do niej ciche kapanie wody.
Próbowała otworzyć oczy, ale to powodowało tylko większy ból. Wspomnienia powracały do niej z trudem. Pamiętała, że miała jechać z Muszelką odwiedzić Tommena, który był teraz królem w Westeros. Nie brała ze sobą eskorty, bo uznała, że z Muszelką świetnie sobie poradzą.
Miały jechać konno, bo Cersei mimo tego, że już od kilku lat mieszkała na środku morza nie miała zaufania do morskich podruży.
Kiedy były już prawie na miejscu Cersei poczuła zimną dłoń zaciskającą się niby kleszcze na jej nadgarstku.
Próbowała wyszarpnąć rękę, ale było to nie możliwe, pdyż uścisk był zbyt silny.
Kątem oka spostrzegła, że taka sama dłoń zaciska się na ramieniu Muszelki. Młoda heroska walczyła dzielnie lejąc potoki wody na ciemną postać i próbując zasypać jej oczy piaskiem. Było to jednak na daremne, bo cień bez najmniejszego trudu ściągnął ją z konia i powalił na ziemię.
Drugi cień tak samo postąpił z Cersei. Potem musiała zemdleć, bo nic więcej nie pamiętała
dopiero przed chwilą odzyskała świadomość. Nie miała pojęcia kto był sprawcą tego wszystkiego i dlaczego została porwana, bo co do tego, że to porwanie nie miała żadnych wątpliwości. Nagle tchnięta jakąś myślą otworzyła oczy. Znajdowała się w długim, wąskim pomieszczeniu. Jej wzrok narazie rejestrował tylko to, gdyż pomieszczenie było bardzo ciemne.
Kiedy jej wzrok przyzwyczaił się do mroku zaczęła dostrzegać inne szczegóły.
Ściany były wykonane z surowego kamienia, a na nich wisiały różnorodne chaki, śróby, kleszcze i inne tego typu rzeczy. W głębi pomieszczenia stał duży, stalowy fotel. Za sobą Cersei widziała jedynie ciemny zarys drzwi, a dalsza część pomieszczenia ginęła w mroku.
Gdzie ja jestem do licha i kto mnie tu przywiózł? I co się stało z moim dzieckiem?
Ta myśl nie dawała jej spokoju i to właśnie ona skłoniła ją do otwarcia oczu. Próbowała przebić wzrokiem ściane mroku, aby dojrzeć koniec pomieszczenia, ale nie była w stanie.
- Muszelka, jesteś tu?
- Zapytała na próbę. Nikt jej nie odpowiedział. Słyszała tylko kapanie wody.
Zastanawiała się od kiedy już jest w tym pomieszczeniu. Czy minęły już dwa tygodnie, które miała spędzić w Królewskiej przystani? Chyba nie, bo gdyby tak było Posejdon by się rozgniewał i wywołałby trzęsienie ziemi, a żadnych wstrząsów nie czuła pod sobą.
W tem usłyszała cichy jęk dobiegający z tego ciemnego miejsca, do którego jej wzrok nie sięgał.
Chciała zerwać się na nogi, ale prawie natychmiast zatoczyła się i upadła na wyłożoną słomą kamienną podłogę.
Spróbowała wstać jeszcze raz i tym razem jej się to udało. Ruszyła po omacku, trzymając się ściany. Szła bardzo wolno, gdyż nie widziała wiele przed sobą. Dotarła do maleńkiego okienka umieszczonego w suficie. Wpadał przez nie słaby snop księżycowego światła.
W tym świetle Cersei dostrzegła postać leżącą twarzą do ziemi. Nie mogła to być Muszelka, bo ta postać leżąca na podłodze była od niej niższa i miała inne ubranie, a jej włosy były brązowe.
Nie namyślając się długo podeszła bliżej i przekręciła postać na plecy. To była Arya Stark. W lewej dłoni ściskała miecz.
Mrugała powiekami, jakby chciała otworzyć oczy. W końcu zrobiła to z trudem. Jej spojrzenie spoczęło na Cersei i w oczach odmalował się strach połączony z gniewem i pogardą.
- To ty nasłałaś na mnie ten cień? Gdzie jest moje dziecko? Co mu zrobiłaś suko? Odpowiadaj natychmiast.
-Głos Aryji był słaby, ale brzmiał stanowczo. Ręka z mieczem uniosła się wyżej.
- Uspokój się, moje dziecko. - Nie jestem twoim dzieckiem, ty żmijo!
- Krzyknęła Arya, aż echo poniosło te słowa pod sklepienie.
- Masz racje, nie jesteś moim dzieckiem, ale uwiesz mi, że to nie ja cię tu porwałam. Mnie i moją córkę potraktowano tak samo. - Nie wierze ci. - Oświadczyła Arya dobitnie. - Nie musisz. - Powiedziała zmęczona Cersei i wróciła do swojego kąta przy drzwiach. Zauwarzyła jeszcze, jak Arya chowa miecz pod obluzowanym kamieniem w podłodze.
Po kilkunastu minutach drzwi się otworzyły i do ciemnej celi wpadł snop światła z korytarza. Kiedy oczy Cersei przyzwyczajiły się do światła zobaczyła wysokiego mężczyznę o bardzo jasnych oczach. Był to Ramsej Bolton, bękarci syn Roosea Boltona, którego ojciec uznał i dał mu nazwisko. Ramsej był męszczyzną nie stroniącym od okrucieństwa. W cherbie rodowym Boltonów widniał obdarty ze skóry człowiek, a plotki głosiły, że w dawnych czasach ród ten obdzierał ze skóry swoich wrogów. Jeśli to było prawdą Ramsej ją odzwierciedlał.
Cersei słyszała, że zmusił do ślubu Donnelę Łejnłud ze względu na jej majątek i nie dawał jej nic do jedzenia, aż kobieta zjadła własne palce.
Młody Bolton wkroczył do pomieszczenia i zamknął drzwi. Minął Cersei obojętnie, jakby była ścianą, albo pustym wieszakiem i podszedł do Aryi. Na jego twarzy ukazał się okrutny uśmiech.
- Aryo Stark. Podobno miałaś być moją żoną, ale mnie oszukałaś i została nią Jenne Poole, córka zarządcy twego ojca. - Przemówił cicho Ramsej, a Cersei się zawstydziła.
w istocie kazała znaleść dziewczyne podobną do Aryi po jej zniknięciu i wydać ją za benkarta Boltona. Potrzebowała sojuszy, a wiedziała, że ten ród jest silny. Nie miała pojęcia, Że Ramsej dowiedział się prawdy.
- Cieszę się, że ominął mnie tak wątpliwy zaszczyt. - Odrzekła Arya z godnością. - Szkoda mi tylko biednej Jenne. - Ramsej uśmiechnął się w ten sam okrutny sposób co wcześniej. - Nic straconego, słodziutka. Możesz jeszcze zostać moją żoną, a ja dzięki temu zostane władcą Winterfell. - To nie możliwe, bo w Winterfell żądzi mój brat Jon. - Sprzeciwiła się Arya. - Och nie szkodzi. Jeśli okarze się, że żyje ktoś ze Starków Jon będzie musiał opuścić tą posiadłość, bo w końcu jest benkartem. - Tak samo, jak ty. - Zauwarzyła Arya.
- Cersei nie zauwarzyła, kiedy ręka mężczyzny uniosła się w powietrze. Usłyszała jedynie głośne plaśnięcie, jakby uderzenie z bicza. Dyskretnie przesunęła się w strone okienka, aby widzieć co się dzieje.
Na lewym policzku Aryi widniał ślad po uderzeniu. Cios był tak silny, że dziewczyna upadła na podłogę.
- Nie waż się tak do mnie mówić suko!
- Syknął Ramsej. . - Pomyśle nad tym psie. - Odrzekła Arya. Kolejny cios sprawił, że z nosa dziewczyny popłynęła krew. - Wracając do poprzedniego tematu nie mogę być twoją żoną, bo już jestem zamężna. - Oczy mężczyzny zmrużyły się drapieżnie. - To nie istotne. Chcę, żebyś mi odpowiedziała na kilka pytań. Jeśli zrobisz to wyczerpująco i w sposób, który mnie zadowoli być może pozwole ci wrócić do twojego męża.
pierwsze pytanie jaką moc posiadają bogowie olimpijscy i co można zrobić, aby ich zmusić do współpracy?
- Arya popatrzyła na swojego rozmówce z pogardą i wyższością. - Ramsej, tobie się chyba w głowie poprzewracało. - Stwierdziła z przekonaniem. - Nie można zmusić do czegoś boga. Zeus prędzej by cię zabił, niż ty byś zmusił go do posłuszeństwa. - Nie prosiłem cię, żebyś wygłaszała swoje opinie Stark. Chce konkretnej odpowiedzi. - Powiedział łagodnie Ramsej, a w jego głosie pomimo łagodności wyczuwało się groźbę. - To ja ci odpowiadam konkretnie, że boga nie da się do niczego zmusić. - Powtórzyła Arya.
- Co zrobiłeś mojej córce?
- Wtrąciła Cersei. - Moja droga lwico, nie ty tu zadajesz pytania. - Odrzekł Ramsej takim tonem, jakby gawędzili sobie przy herbatce i ciasteczkach. - Nie zabardzo mogę nauczyć cię pokory i szacunku, bo podobno jesteś w ciąży, a Stannis chce, żebyś urodziła to dziecko.
- Cersei zabrakło słów. Skąd oni o tym wiedzieli?
Przecież nawet Posejdon jeszcze nie wiedział. Miała mu o tym powiedzieć po powrocie z Królewskiej przystani. - Skąt wiesz o dziecku?
- Zapytała, kiedy odzyskała głos. Mężczyzna znowu się okrutnie uśmiechnął. - Melisandre zobaczyła w płomieniach, że spodziewasz się dziecka. To ona sprawiła, że ta cała Hera, czy jak jej tam na imie była chora. Jego miłość chciałby wiedzieć kto jest czarownikiem na Olimpie i w jaki sposób leczy. - Nie dowie się tego, bo ja nie powiem ci jego imienia. - Oświadczyła stanowczo. - Mogę ci tylko powiedzieć, że nie jest on czarownikiem. - A może ty Aryo zdradzisz mi jego imie?
- Zwrócił się do młodszej dziewczyny, która ocierała nos skrajem szaty.
- Nic ci nie powiem, chory sadysto. - Rzekła Arya unosząc głowę.
- Ramsej przyjrzał jej się uważnie. - Aryo Stark, czy chciałabyś mieć palce obdarte ze skóry?
- Zapytał niefrasobliwie mężczyzna uśmiechając się obleśnie. - A może chciałabyś, żebym obdarł ze skóry twoje dziecko?
- Arya zerwała się na równe nogi. - Zostaw mojego syna w spokoju ty skur… Ale nie dokończyła, bo Bolton znowu trzasnął ją w twarz. Arya ponownie znalazła się na podłodze.
Cersei już nie mogła na to patrzeć.
- Zostaw ją. - Rozkazała, a w jej głosie dało się wyczuć stalowe nutki. - A od kiedy to Cersei Lannister broni Aryi Stark?
zapytał bękart patrząc na nią z zainteresowaniem. - Od kiedy dzieli z nią los. - Odrzekła bezczelnie. - Można to wykorzystać. - Powiedział Ramsej z zadowoleniem.
Wyciągnął z kieszeni mały sztylet o wąskim ostrzu. Na jego rękojeści widniał miniaturowy cherb Boltonów.
Cersei patrzyła z przerażeniem, jak powoli podchodzi do aryi. Złapał ją za rękę i odgiął jej piąty palec lewej dłoni od pozostałych. Podwarzył skórę na czubku palca, tuż przy paznokciu. Arya skrzywiła się lekko.
- A teraz moja lwiczko odpowiesz mi grzecznie na pytania. Jeśli nie, to będę kontynuował to, co zaczołem. To samo zrobie twojej córce.
- Cersei poczuła, jak oblewa ją zimny pot, a jej ciało przeszywa lodowaty szpikulec strachu. Musi coś wymyślić. Nie może dopuścić do tego, aby Arya i jej córka zostały tak potraktowane.
- To chyba kara za moje grzechy. Doczekałam się jej wreszcie. - Pomyślała goszko. Teraz żałowała, że tak potraktowała Eddarda Starka i jego rodzinę. Żałowała, że dążyła do władzy po trupach. Marzyła, aby obudzić się w posiadłości na morzu śródziemnym w ramionach Posejdona i myśleć, że to tylko jej się śniło. Wiedziała jednak co musi zrobić. Zaczerpnęła tchu i zaczęła mówić:
- Bogowie z Olimpu mają wielką moc. Potrafią panować nad żywiołami i podporzątkowywać sobię ludzi. Nie można ich zmusić do posłuszeństwa. Nie ma w śród nich czarownika, tylko uzdrowiciel, którego imienia nie znam.
- Ramsej uśmiechnął się okrótnie i przyłorzył cienki sztylet do palca Starkówny.
Arya robiła wszystko, aby nie krzyczeć. Cersei widziała, jak krzywi się z bólu i zaciska zęby. Widziała też cienkie pasemko skóry zwisające z norzyka. Odwróciła się oddychając głęboko, aby nie zwymiotować.
Zobaczyła arye taką, jaka była kiedyś. Małą dziewczynkę z wiecznie potarganymi włosami i brudną buzią. Dziewczynkę w podartym i brudnym ubraniu robiącą rzeczy, które zwykle robią chłopcy, a nie wysoko urodzone damy.
Widziała to dziecko w tej chudej kobiecie skulonej na zimnej podłodze. Czuła, że to naprawdę jest kara za jej grzechy i małe, oraz więkrze postępki.
Ramsej Bolton ruszył do drzwi. W dłoni trzymał zakrwawiony sztylet z kawałkiem skóry i odcięty palec Aryi.
- Ramsej, to chyba nie wystarczy ci na płaszcz. - Zadrwiła Cersei. Bękart uśmiechnął się do niej i mrugnął łobuzersko. - Nie martw się. Jak tak dalej pujdzie, to mi wystarczy. - Po tych słowach opuścił pomieszczenie zamykając drzwi na klucz.
- Cersei podeszła do skulonej w kącię dziewczyny. Z miejsca po palcu sączyła się krew plamiąc podłogę. Kobieta oddarła spory kawałek materjału ze swojej halki i zanurzyła go w dzbanku z wodą. Delikatnie owinęła rękę Aryi tym opatrunkiem. Dziewczyna podniosła na nią zapłakane brązowe oczy.
- W którym miesiącu ciąży jesteś?
- Zapytała niespodziewanie. - W drógim. - Odrzekła zaskoczona Cersei. - Myślisz, że to samo zrobią naszym dzieciom?
- Kobieta wzdrygnęła się. - Mam nadzieję, że nie. - Odparła cicho, choć nie była pewna.
Xxxx…
W książce ród Boltonów naprawdę miał w cherbie obdartego ze skóry człowieka. Podobno dawni przedstawiciele tego rodu szyli sobie płaszcze z ludzkich skór, które zdarli ze swoich ofiar. Historja z żoną, która zjadła palce z głodu też była w książce. Wymyśliłam jedynie sposób zdejmowania skóry..
Pisała Agata.

28 Hefajstos

“Hefajstos”

Wrócił ze swojej kuźni do komnat, które dzielił ze swoją żoną, Aryą. Nigdy nie pozwalał sobie na niepotrzebne zmartwienia. Nie lubił się rozczulać nad sobą, ale tym razem chyba musiał nagiąć swoje zasady oddalania od siebie wszelkich uczuć, ponieważ minęły dwa tygodnie od wyjazdu Aryi. Dziewczyny jak nie było, tak nie ma. Nie wróciła jeszcze na Olimp, a przecież powinna była już to zrobić w tym tygodniu. Hefajstos nie mógł spać ostatnim czasem, więc próbował wcale tego nie robić mimo, iż obiecał żonie, że będzie odpoczywał. Zajmował się sumiennie i namiętnie swoją pracą i dbał o dzieci, jak przystało na troskliwego, boskiego ojca.
Rickon już tyle razy pytał ojca o powrót matki, a sam bóg nie umiał znaleść odpowiedzi na pytanie syna. Rickon chciał się pochwalić przed matką wszystkim, co udało mu się zrobić w kuźni jego ojca. Hefajstos wiedział, że jego syn ma smykałkę do naprawiania wszelkich rzeczy i tworzenia nowych. Obiecał sobie, że gdy ten będzie jeszcze starszy, stanie się jego prawą ręką.
Nagle usłyszał długie, przeciągłe wycie.
- Znowu Nemeria.
- Pomyślał i zamknął nachwilę oczy, wsłuchując się w ten przenikliwy dźwięk. Od czasu, gdy Arya wyjechała postanowił być na wszystko przeczulony. Intuicja podpowiadała mu, że coś niedobrego dzieje się wokół jego żony. Nie wiedział co to było i czy coś w ogóle takiego miało miejsce, ale postanowił zaufać swojej intuicji. Pozatym, Nemeria zachowywała się w ostatnim czasie bardzo dziwnie i niespokojnie.
Kręciła się po całym Olimpie, stała się bardziej agresywna i wyła żałośnie w najmniej odpowiednich momentach.
W chwili, gdy chciał udać się na spoczynek, poczuł gwałtowne trzęsienie ziemi. Upadł i zabluźnił ze złością. Podniósł się jednak niezdarnie i postanowił iść do Zeusa zprośbą, aby tamten uspokoił rozwścieczonego Posejdona.
Pojawił się przed komnatą boga i zapukał. Nikt mu nie odpowiedział. Usłyszał jednak za drzwiami głosy. Pchnął więc besceremonialnie drzwi i ze złością wymalowaną na twarzy wszedł do komnaty.
- Czy możecie mi na Olimp powiedzieć, dlaczego Posejdon wywułuje takie gwałtowne poruszenie? Czy każdy na Olimpie musi odczuwać jego niezadowolenie?
- Zapytał ze złością stając za plecami Zeusa, który to siedział przed swoim komputerem.
Chwile później rozejrzał się po komnacie i ku swojemu wielkiemu zdumieniu zobaczył rozwścieczoną Herę, zdenerwowanego Posejdona i zasępionego Zeusa, ciskającego gromy swoimi spojrzeniami na wszystko, co go otaczało.
- Zdezorjętowany i lekko zmieszany przysiadł na jednym ze znajdujących się tam foteli dając do zrozumienia całą swoją postawą, że czeka na wyjaśnienia.
- Podejdź tu do mnie Hefajstosie.
- Rozkazał Gromowładny.
- Dobrze, że tutaj się pojawiłeś, bo sprawa również ciebie dotyczy. Spójrz na to.
- Wskazał na swój komputer i gestem zaprosił boga do siebie.
Hefajst podszedł do niego i spojrzał na widniejący przed nim ekran.
- Tak, tak, chodzi o tego meila.
- Sarknął niecierpliwie Posejdon, patrząc na Kowala.
- Czytaj to.
- Rozkazała Hera drżącym z gniewu głosem.
- “Do wszystkich bogów olimpijskich.
Witajcie. Zapewne zastanawiacie się co się stało z Aryą i Cersei. Nie
martwcie się, są pod moją czułą opieką. Pozostaną pod nią doputy,
dopuki nie pomożecie mi zdobyć władzy w Westeros. Radziłbym się
pospieszyć, bo nie wiem, czy długo wytrzymają pod opieką Ramseja
Boltona.
Jestem pewien, że Sansa Stark wytłumaczy wam kim on jest i co potrafi.
Przesłałbym wam kawałek skóry jednej z goszczących u mnie dam, ale
jest to fizycznie nie możliwe przez internet.
Z powarzaniem Stannis Barateon, prawowity król andalów, Rojnarów i
pierwszych ludzi”.
-Wzrok Hefajstosa przebiegł szybko przez tekst, a następnie zatrzymał się na obliczu ojca.
- To niemożliwe.
- Szepnął Bóg.
- A jednak.
- Dodał Posejdon.
- Hefajstos, pierwszyraz widział go tak przygnębionego.
- Cholera, wiedziałem, że jest coś na rzeczy. Wiedziałem. Miałem jakieś przeczucie. Nemeria zachowuje się ostatnio niespokojnie. Już wiemy dlaczego. Ona wyczuwa, że Aryi dzieje się coś złego.
- Rozwale całe Westeros. Zrównam je z ziemią.
- Wrzasnął Bóg mórz i oceanów.
- Nie pieklij się tak.
- Pouczył go brat.
- Nie pieklij się?
- Hefajstos widział, jak Posejdon podchodzi do Zeusa i pochyla się nad jego boskim majestatem.
- Jak Hera była chora, a wcześniej jak jej nie było też się piekliłeś, a teraz mi mówisz, że mam się nie przejmować? Ty jesteś jakiś niezrównoważony!
- Zeusa, najwidoczniej musiała zaboleć ta zniewaga, gdyż machnął ręką co spowodowało, że Posejdon w mgnieniu oka znalazł się na drugim końcu komnaty.
- Masz mnie nie obrażać. Jesteś w gorącej wodzie kompany. Jeśli mamy pomóc Aryi i Cersei należy wszystko obmyśleć.
- To szybko myśl, bo chcę znaleść swoją żonę żywą.
- Burknął bóg kowali.
- Zabiję tego Stannisa. Rozwale mu głowę.
- Wszyscy ze ździwieniem spojrzeli na Herę, która miała rozgorączkowane spojrzenie.
- No, więc siły mamy dość duże.
- skwitował Zeus, a Hefajstos znowu zają uprzednie miejsce.
- Może powinniśmy pójść po Atenę, nie sądzicie?
- Zapytał, kierując spojrzenie na ojca.
- Dobry pomysł.
- Skwitowała Hera, a Zeus potwierdził jej słowa skinieniem głowy.
- Jakbyśmy nie mogli się bez niej obejść.
- Warknął Posejdon.
- Może ty umiesz się bez niej obejść, ale to moja przyjaciółka.
- Zdeklarowała Hera, a Hefajstos obrzucił ją pytającym spojrzeniem.
- No co, przynajmniej była do czasów ukończenia wojny trojańskiej.
- A moją jest całe moje życie.
-Dodał bóg kowali.
- Zeus, przywołał Palladę za pomocą lekkiego grzmotu i chwilę później pojawiła się ona trzymając w rękach ręczną robótkę.
- Ojcze, wzywałeś mnie?
- Zapytała, kłaniając się przed obliczem Zeusa, który zdążył już odwrócić się od komputera.
- Tak Ateno.
- Potrzebujemy twojej pomocy.
- Dodał Hefajst, patrząc bogince w oczy, a ona obdarzyła go przelotnym, dumnym spojrzeniem.
- Ja nie potrzebuję.
- Dodał Posejdon, ale bardzo cicho. Hefajstos widział, jak matka gromi brata spojrzeniem.
- A więc do rzeczy, co mam zrobić? Nie lubię marnować swojego cennego czasu.
- Przeczytaj meil.
- Rozkazał Zeus, a Hefajst zobaczył na jego obliczu zmęczenie.
- Mamy je odnaleść?
- Zapytała Atena, a Wulkan wyczuł w jej głosie obojętną nutę.
- Tak, musimy odnaleść je żywe.
- Odezwał się.
- Hm, więc, ja wymyślę wam jakiś plan, a wy odnajdziecie je sobie sami.
- Oznajmiła Pallada z niecierpliwością.
- W ogóle nie masz w sobie żadnego pokładu czułości Pallas Ateno.
- Warknęła na nią Hera.
- Rozumiem, że nie są to osoby bliskie twojemu sercu, ale potrzebujemy większej pomocy od ciebie. Chcemy, abyś z nami pojechała do miejsca, w którym Stannis ukrywa te dwie kobiety.
- Rozwinęła wypowiedź Junona.
- Zważywszy na to, czy w ogóle ktokolwiek jest dla tej zuchwałej bogini bliski.
- Dodał Posejdon krzywiąc się.
- A więc róbcie wszystko sami, ja nie mam zamiaru użerać się z tym wszechwiedzącym, wyrażającym się tak ochydnie, mającym lapidarny styl myślenia dupkiem. Nie narazisz mnie na to Zeusie.
- Spojrzała ze złością na Posejdona.
- Dość tych jałowych dyskusji.
- Hefajstos zerwał się ze swojego miejsca krzycząc te słowa.
- Więcej czasu stracicie na kłótnie, niż cokolwiek zrobicie. koniecznie muszę znaleść swoją żonę, a do tego potrzebna mi jest wasza pomoc. Z łaski swojej porozmawiajmy jak normalni, cywilizowani bogowie.
A ty Ateno mogłabyś nie zwracać uwagi na Posejdona, który chyba ma niższy iloraz inteligencji od ciebie, pozatym, myślałem, że jesteś bardziej mądrzejsza od niego, bo gdybyś była, to nie obrażałabyś się o byle gówno.
- Powiedział Kowal, tocząc po komnacie złowrogim spojrzeniem.
Atenie chyba zżedła mina, bo spuściła wzrok.
- Jestem sto razy bardziej inteligętniejsza, niż ci się wydaje.
- Odwarknęła Hefajstosowi. Kowal wychwycił spojrzenie matki, która patrzyła na niego z uznaniem.
Poczuł się tym mile połechtany, bo odkąd sięgał pamięcią, matka nigdy nie poświęcała mu zbyt wiele uwagi. Teraz najwidoczniej, wykazał się czymś, co zasługiwało wpełni na uznanie Hery. Wkońcu, oboje mieli ten sam cel, a wraz z nimi Posejdon.
Pisała Skrzypeńka.

27 Arya

Pisała Agata.
“Arya”.
Arya Stark siedziała przy komputerze w swej komnacie. Cieszyła się, że poznała te wspaniałe urządzenia mogła korespądować ze swoją rodziną z Westeros. Został jej Jon, jego żona Ygritte i ich dzieci. Była też Sansa, alę ją miała na Olimpie.
Właśnie włączył jej się komputer i weszła na swoją pocztę. Miała w skrzynce wiadomość od Jona
witaj siostrzyczko. Co tam u ciebie? Jak tam twoje dzieci i mąż? U mnie jest w miare. Wreszcie pokonaliśmy bunt na Pyke i jesteśmy w Winterfell. Czy chciałabyś nas odwiedziić? Możesz zabrać męża i dzieci. Napisz mi co postanowiłaś.
Jon.
Arya ucieszyła się z tej propozycji. Bardzo chciała odwiedzić Jona i jego rodzinę. Tak dawno nie była w Winterfell. Napisała więc odpowieć twierdzącą.
Xxxx….
Był już późny wieczór. Arya czekała na Hefajstosa, który zasiedział się w kuźni.
Zawsze tak na niego czekała. Lubiła, kiedy spał obok niej. Gdy miał jakieś ważne zadanie do wykonania siedział w kuźńi całymi dniami, ale ona potrafiła to zrozumieć. Przynosiła mu wtedy posiłki i niemal wmuszała je w niego, bo on wtedy zapominał o świecie. Kiedy nie miał niczego pilnego do zrobienia zawsze dbał o to, by przyjść do niej wieczorem.
Teraz też tak było. Drzwi skrzypnęły cicho, a leżąca u stup Aryi Nymerja podniosła łep.
Do pokoju wszedł Hefajstos wnosząc silny zapach dymu i metalu.
Cześć. - Powiedział i pocałował ją na powitanie. Potem zaczął zdejmować nadpalone ubranie. - Jak tam idzie praca?
- Zapytała dziewczyna podnosząc ubranie z podłogi i kładąc je na krześle. Na jutro będę miał gotowy miecz dla syna Sansy. Prosił mnie o to, więc spełniam tą proźbę. - A czy moja siostra o tym wie?
- Nie wiem, ale zarzyczył sobie miecza, więc mu go wyrabiam. Taki ładny. Z tej waszej walyrjańskiej stali. Będzie miał wilkora na rękojeści. - Mówił Hefajstos z błyskiem w oku. - Hefajstosie, dostałam dzisiaj wiadomość od Jona. - Przerwała mu Arya. - I co tam u niego?
- wszystko w porządku. Chciałby, abyśmy go odwiedzili w Winterfell.
- Hefajstos zastanawiał się przez chwilę i Arya, która dobrze go znała wiedziała, że coś wylicza.
- A kiedy chcesz wyruszyć?
- Myślałam, żeby tak za dwa dni. - A nie mogłabyś jechać tylko z dziećmi? Bardzo chętnie bym z tobą pojechał, ale muszę dokończyć ten miecz dla Tyrsa i szykuje mi się kolejna zbroja dla Ateny. - Nie ma sprawy wyruszę sama z dziećmi.
Xxxx….
Stała przed drzwiami komnaty. Nie lubiła tutaj chodzić. Wolała już kuźnie, czy pokoje Zeusa, czy jakieś inne niż te, które zajmowała jej siostra. W jej pokojach zawsze można było natknąć się na te muzy, a Arya ich nie lubiła. Nie wiedziała jak Sansa może znosić ich obecność. W końcu przemogła się i zapukała do drzwi. Usłyszała z za nich głos siostry i z ulgą weszła do środka. Sansa siedziała w fotelu i czytała jakąś książkę. Nikogo poza nią nie było w komnacie.
- Witaj siostro. - Przywitała ją Arya wchodząc w głąb pokoju i siadając na jednym z foteli. - Witaj. - Odrzekła Sansa cichym głosem podnosząc oczy. - Mam nadzieję, że ci nie przeszkodziłam. - Nie. Już czytałam tę książkę, ale postanowiłam to zrobić jeszcze raz, bo losy bochaterów są przejmujące. - Mam do ciebie dwie sprawy. - Powiedziała Arya sadowiąc się wygodnie w fotelu. - Czy wiesz, że twój syń zamówił sobie miecz u Hefajstosa?
- Sansa westchnęła. - Do prawdy nie wiem po kim on ma takie wojownicze usposobienie. Przecież ja i Apollo nie jesteśmy tacy. Może ma to po tobie siostro? Tylko, że jemu można to wybaczyć, bo jest chłopcem i przystoją mu takie rzeczy. U ciebie zaś było to skandaliczne. - Arya skrzywiła się. - Na szczęście mieszkamy na Olimpie, a tutaj kobieta może być taka, jak chce i nikomu to nie przeszkadza. Po za tym mój mąż nie ma nic przeciw temu. - Pomówie z Apollem o tym mieczu. - Obiecała Sansa. - A jaka jest ta dróga sprawa?
- Pisał do mnie Jon. Chciałby, abym go odwiedziła. Hefajstos nie może ze mną jechać, bo musi dokończyć miecz i brać się za następny, a Orestes i Rickon nie chcą. Rickon uczy się od ojca sztuki kowalskiej, a Orestes niechce, żeby go ominęły lekcje walki z Aresem. Co prawda nie jestem zadowolona z tego, że z nim ćwiczy, ale nie mogę mu tego zabronić. Z moich dzieci jedzie więc Bran. Może pojechałabyś z Catelyn i Tyrsem?
- Bardzo mi przykro, ale nie mogę. Apollo ma niebawem koncert w Litochoro i nasza Catelyn ma tam też wystąpić, a ja nie mogę zawieść córki, bo obiecałam jej, że będę na jej występie. - Arya poczuła zawód chciała zabrać do Winterfell siostre, żeby choć trochę poczuć się jak ta mała dziewczynka jaką była zanim się to wszystko wydarzyło. Wiedziała jednak, że jej siostra boi się choćby czubek nosa wystawić za Olimp, bo tylko tutaj czuje się bespieczna. W świecie, który sobie stworzyła z Apollem.
- Tylko o te dwie rzeczy chciałam zapytać. Nie będę dłużej ci przeszkadzać. Dozobaczenia. - Powiedziawszy to Arya opuściła komnatę.
Xxxx….
Stała na metikasie. Wspominała, jak pojawiła się tu poraz pierwszy. Teraz opuszczała to miejsce na jakiś czas. Zastanawiała się czy pokochała by je, gdyby nie mieszkał tu Hefajstos. Z nim czułaby się świetnie nawet w siedmiu piekłach. Przytuliła do siebie synów, którzy z nią nie jechali. - Zachowujcie się jak należy i nie przeszkadzajcie ojcu w pracy. Poprosiłam Hebe, żeby od czasu do czasu zajrzała do was. Nymerja zostaje z wami. - Nie martw się Matka, będzie dobrze. - Zapewnił Orestes. - A ty pamiętaj, żeby nie denerwować Zeusa i Hery. - Upomniała najmłodsze dziecie. Przytuliła męża, a on obiął ją na kródko. Nigdy nie lubił zbytnich czułości. - Nie przepracowuj się i śpij choć trochę. Wróce za dwa tygodnie.
- Wsiadła na konia, a jej najstarszy syn wskoczył na drugiego i odjechali w długą podróż do Westeros.
Xxxx…
- Daleko jeszcze?
- Zapytał Bran. - Już całkiem blisko. - Odrzekła Arya ściskając boki konia piętami. - Te konie są strasznie wolne. Gdybyśmy lecieli na pegazie już byśmy byli na miejscu. - Żalił się mały heros, a Arya musiała się roześmiać, bo przypomniała sobie, jak Hefajstos powiedział kiedyś coś w podobie. - Nie możemy lecieć na pegazach, bo mieszkańcy tych stron ich nie znają i napewno by się przerazili. Jesteśmy teraz w Wilczym lesie i nie długo zajedziemy do Zimowego Miasta. - Dlaczego nazywacie je źimowym miastem?
Zapytał zaciekawiony Bran. - Ponieważ ludzie zamieszkują je przeważnie w źimie.
- Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale poczuła dotknięcie zimnej ręki na ramieniu. Wzdrygnęła się, ale nie straciła opanowania. Sięgnęła po igłe lewą ręką, podczas gdy zimne palce zaciskały się coraz mocniej na jej prawym ramieniu. Chciała odciąć rękę,która ją trzymała, ale jej miecz przebił jedynie powietrze. Rozejrzała się zdezorjętowana i zobaczyła nad sobą wysoki cień.
Puszczaj moją matkę, ty nędzna kreaturo!
-Wykrzyknął Bran, a z jego palców wystrzeliła kula ognia i pomknęła ku napastnikowi. To jednak okazało się błędem, bo cień urusł pod wpływem ognia i zrzucił ją z konia. Chciała krzyknąć do syna, żeby uciekał, ale usta miała pełne liści i ziemi. Poczuła, jak coś ciężkiego uderza ją w tył głowy. Jęknęła z bólu, a przed oczami widziała jedynie ciemność.

26 Melisandre

pisała Agata.
Od autorki.
Witajcie drodzy czytelnicy. Jak wiecie jestem drugą autorką opowiadania siedem królestw i Olimp.
Postanowiłam napisać do was, aby kilka rzeczy wyjaśnić. Po pierwsze dziękuję za komentarze.Motywują mnie do dalszego pisania i są dla mnie ważne, bo to pierwsze opowiadanie pisane prze ze mnie dla szerszego grona. Chciałabym, abyście pisali co wam się nie podoba, a ja postaram się to zmienić.
Ja i Skrzypeńka mamy troche odmienny styl pisania, bo ja skupiam się na opisach miejsc i drobnych szczegółach, a ona skupia się na emocjach i akcji.
Jak już zapewne zauważyliście ja zajmuję się rozdziałami dotyczącymi sagi pieśń lodu i ognia, a Skrzypeńka mitologią.
W rozdziałach zamieszczam pewne zmiany. Ja i Skrzypeńka zmieniamy fakty, które nam się nie podobały w książce. Ja naprzykłat nie lubie książkowej Cersei i cieszę się, że w książce spotkała ją zasłużona kara. Moja Cersei jest jednak inna i nie jest pozbawiona uczuć, jak ta książkowa.
Postanowiłyśmy, że Bran i Rickon zginą, bo chciałyśmy uczynić z Jona lorda Winterfell. Chciałyśmy też, aby był z Ygritte.
Tyrjon jest jedną z naszych ulubionych postaci i dlatego dostał Artemidę, bo w książce był nie szczęśliwy.
Aryi dostał się Hefajstos, bo uznałyśmy, że w pewnym sęsie do niej pasuje. Tak samo, jak Sansie Apollin.
Nie wprowadzałyśmy Daenerys, ani Karstarków, czy pozostałych walczących o tron, bo uznałyśmy, że będzie za dużo postaci.
Chciałam powiedzieć, że podziwiam tych wszystkich, którzy nie czytali sagi, a są wiernymi czytelnikami naszego opowiadania. Dla was kochani staram się dokładnie opisywać postacie i po krótce streszczać ich losy. Jeśli jednak czegoś nie wiecie, lub coś jest dla was mało jasne, czy nie zrozumiałe pytajcie o to w komętarzach, a ja postaram się na wszystko odpowiedzieć.
Jako, że mamy teraz ze Skrzypeńką sporo zajęć rozdziały będą się pojawiały trochę żadziej.
To już chyba wszystko. Pozdrawiam wszystkich czytelników. Ten rozdział będzie krótki, ale dość istotny dla dalszej akcji.
Będzie też pisany z punktu widzęnia nowej postaci znanej dla czytających sagę. Zapraszam do lektury.
Agata.
“Melisandre”.
Za oknami jej komnaty właśnie wschodziło słońce. Kapłanka Boga światła Errora siedziała na małym stołeczku przed kominkiem i patrzyła w ogień.Była wysoka, miała wielki, czerwony rubin na szyji i zawsze ubierała się w czerwone szaty, dlatego nazywano ją kobietą w czerwieni.pochodziła z Aschai, miejsca w którym uczono magii. Umiała też widzieć przyszłość w ogniu. Król Stannis korzystał z tego. Melisandre uwarzała, że Stannis jest potomkiem Errora, który narodził się na nowo, jak mówiło pewne proroctwo.
Uw odrodzony potomek Errora miał walczyć płonącym mieczem. Stanńis posiadał taki miecz, który nazywał światłonoścą
Melisandre przetarła oczy i popatrzyła w ogień. Dzisiejsze wizje były dość nie pomyślne. Musiała wkońcu wyznać Stannisowi co zrobiła pięć lat temu. Dotąd to przed nim ukrywała chcąc mu zrobić niespodziankę. Dzisiejsze wizje wszystko zmieniły. Zanim jednak powie mu prawdę musi poprowadzić poranną modlitwę.
Zmieniła szatę i upchnęła w kieszeniach rękawów wszystkie swoje proszki.
Potem wyszła z komnaty i udała się na dziedziniec.
Zimny wiatr uderzył ją w twarz, a w powietrzu unosił się zapach morza. Smocza skała, siedziba Stannisa leżała na wyspie nad morzem.
Po mimo wczesnej pory po dziedzińcu kręcili się ludzie. Służba roznosiła śniadanie, żołnierze ostrzyli broń i rozpoczynali poranne ćwiczenia, karmiono konie i inne zwierzęta.
Na dziedzińcu zebrała się też spora gromada ludzi uczestniczących w modlitwie. Był w śród nich król Stannis, a także królowa Selyse. Rozpalono już ognisko. Melisandre nie postrzeżenie sypnęła w ogień szczyptę proszku i płomienie strzeliły w górę.
- Panie, chroń nas, albowiem noc jest ciemna i pełna strachu. - Przemówiła kapłanka, a wierni powtórzyli za nią. - Chroń nas od wiecznego mroku i pozwól nam się ogrzewać przy twoim świętym ogniu. Zniszcz swoich wrogów i daj nam światło. Poprować nas w ciemnościach, abyśmy nie zgubili drogi.
- Potem Melisandre zaczęła śpiewać pieśń w języku Aschai, a Selyse jej zawturowała.
modlitwy ciągnęły się jeszcze przez jakiś czas, ale Melisandre chciała, żeby już się zakonczyły. Musiała porozmawiać ze Stannisem, ale trzeba było postępować według ustalonych norm. Gdy modlitwy zostały zakończone kapłanka udała się do komnat Stannisa.
Siedział on przy okrągłym stole na którym wyrzeźbiono siedem królestw.
- Czy mogę wejść?
- Zapytała cichym głosem. - Oczywiście. - Odrzekł król zgrzytając zębami.
Stannis był surowym człowiekiem o żelaznych zasadach. Na jego twarzy nigdy nie gościł uśmiech. Usta miał zaciśnięte w wąską linie, a oczy jego były zimne i chmurne.
- Usiąć. - Powiedział i podsunął jej krzesło. Melisandre opadła na nie z wdziękiem. - Mam do waszej miłości ważną sprawę. - Odezwała się cichym i melodyjnym głosem, a jej rubin zapulsował czerwonym światłem w blasku świec. - Mów. - Rzekł krótko monarcha. Kapłanka usadowiła się wygodniej i rozpoczęła opowieść:
- Pięć lat temu pewnej nocy patrzyłam w ogień, chcąc znaleść Cersei, która zniknęła bez śladu. Skupiłam się mocno i po chwili zobaczyłam w ogniu tak upragnioną wizje. Error obdarzył mnie swoją łaską ukazując mi ją. Ukazała mi się Cersei w zamku stojącym na wysokiej górze, której szczyt spowity był mgłą. Niewiem skąd, ale wiedziałam, że ta Góra nosi nazwę olimp i lerzy w wiosce Litohoro.
Razem z Cersei była wysoka, bardzo szczupła kobieta w dziwnym ubraniu.
Poszukałam informacji o Olimpie w internecie i dowiedziałam się, że istnieje takię państwo Grecja i tam się znajduje owa góra. To znaczy znajduje się według dawnych wierzeń greckich. Tą górę zamieszkują bogowie greccy. Nie wiedziałam co tam robi Cersei Lannister, ale przeczuwałam, że jest to dość poważna sprawa. Nadal przywoływałam wizje o tym miejscu i ukazała mi się pewna wizja, która niezmiernie mnie ucieszyła. Otuż zobaczyłam tą wysoką kobietę jadącą gdzieś na koniu, a co najważniejsze była w Westeros, więc już mogłam ją zlokalizować.
Wiedziałam już, że jest to Hera, władczyni olimpu.
Była w postaci ludzkiej, ale zachowała swój wygląd. Opowiedziałam o tym Selyse i następnego dnia ruszyłyśmy za nią.
Selyse powiedziała jej, że bóg Error jest jedynym prawdziwym bogiem i, że jeśli w niego uwierzy będzie mogła przewidywać przyszłość i wygrywać wszystkie wojny. Ja podeszłam cichutko i rzuciłam zaklęcie, które miało w niej zaszczepić wiarę w Errora i wywołać w niej pragnienie ognia. Dla niej każdy kontakt fizyczny z innymi bustwami miał być torturą. Chciałam, aby zniszczyła tych wszystkich bogów i oddała ich na ofiarę Errorowi, tak, jak my złożyliśmy w ofierze siedmiu. Miała żyć w przeświadczeniu, że nikt jej nie chce i, że wszyscy ją krzywdzą. Kiedy już zniszczyła by tych bogów miała przyprowadzić do nas Cersei, a także obydwie panny Stark, które też przebywały na Olimpie. Nie stety plan się nie powiódł. Dzisiejszej nocy zobaczyłam w płomieniach, że ta cała Hera jest już zdrowa. Oni muszą tam mieć jakiegoś czarownika, bo tylko ktoś znający się na magi mógł uzdrowić ją z tej choroby.
Hera opowiedziała innym o mnie i nie wiem co się teraz stanie. Co prawda nic o mnie nie wie, ale zna imie Selyse, a kobieta Lannisterów zapewne wie o kogo może chodzić.
- Stannis zacisnął zęby tak mocno, że Melisandre bała się, że mu wypadną z dziąseł. - Królowa jest w wielkim niebespieczeństwie. - Przemówił po dłuższej chwili milczenia. - To jasne, że trzeba zniszczyć tych bogów i oddać ich na ofiarę. Najpierw jednak musimy się dowiedzieć jaką dysponują mocą i wykorzystać ją, abym mógł zdobyć tron. Musimy odnaleść Cersei i panny Stark i wypytać je jaką moc mają ci bogowie i w jaki sposób można ją wykorzystać. Musisz pilnie obserwować ten cały Olimp i poczekać, aż nadarzy się odpowiednia okazja. - Melisandre skinęła głową.

bańki chińskie i kilka faktów z mojego studium niemieckiego.

“bańki chińskie i kilka faktów z mojego studium niemieckiego”.
Witajcie. Dziś, jest 13 października, niedziela 2013 rok, tak ku ścisłości. Nie pisałam, bo mi się nie chciało. Mówię tu szczerze, powinnam napisać, ale się nie mogłam zmobilizować. Popierwsze, zacznijmy od tego, że tydzień chorowałam i jak na człowieka chorego, trawionego gorączką przystało, mogę się usprawiedliwić. Tylko, chorowałam sobie przez ten tydzień i trochę tamtego. W każdym razie, siódmego października zmarła moja ukochana Joanna Chmielewska. Kobitka miała 81 lat. Wiem, że prędzej czy później opuściłaby ten ziemski padół niczym wielka twórczyni kryminałów, odeszłaby w spokojne zaświaty zmarłych, aby tam wspokoju spocząć. Żaden literat, samozwaniec, nie wchodziłby jej na głowę i nie mówił, że koniecznie chciałby zostać poetą. Nie pisałby żadnych okropnych nowel i odczepiłby się od naszej Joanny raz na zawsze. Ku wspomnieniu książki “Tajemnica”. Myślę, że autorka bardzo chciałaby, aby ktoś, podchodził do jej książek z chumorem i o niej napisał również z chumorem. Jest to nienamiejscu, ale ona pewnie nie chciałaby, abym ja, Linda R, rozpaczała nad jej śmiercią, która tak czy siak musiała nadejść. Mogę jedynie powiedzieć, raczej napisać, że przeczytałam prawie wszystkie jej książki i oczywiście przeczytam te, których jeszcze nie znam, ponadto, wrócę do tych, które są mi znajome. Była to moja ulubiona, polska pisarka i bardzo, bardzo gorąco polecam wam jej pozycje literackie. Następnego dnia, ósmego października byłam na niemieckim. Trochę się popłakałam po nim już w domku, bo problemy techniczne z tymi ćwiczeniami mam inie wiem jak je mam robić. We wtorek mam to obgadać z panią i ruszymy z nauką z nową książką. W czwartek nic nie robiłam praktycznie, bonie miał kto mnie zawieść na niemiecki, więc siedziałam w domu, kwitłam przy komputerze i dostawałam warjacji z nieróbstwa. Przeczytałam książkę do matury rozszerzonej o tytule “Mistrz i Małgorzata”. Myślałam, że będzie nudna, ale nie była aż taka zła. Nawet ciekawa. Dla mnie trochę bezsęsowna, jeśli chodzi o jej przyszłą analizę, ale dało się przebrnąć. Styl pisarski autora, raczej fakty, które działy się tam, nie zachęcają do analizy, tudzież zgłębiania treści książki. Mam jednak nadzieję, że się nie poddam i, że zagłębie się bardziej w przesłanie utworu. Wczoraj, była sobota oczywiście i chcę wam opowiedzieć co robiłam. Wsumie, wpis powstał dlatego, abym wam o tym opowiedziała. W ogóle kurs odbywał się we wspomnianym wcześniej Biostudiu masażu, w którym byłam na dniu otwartym. Myślałam, że pierwszym kursem będzie kurs gorącymi kamieniami. Nic bardziej mylnego, był kurs masażu bańką chińską. Trochę się stresowałam, bo zupełnie nie wiedziałam co mnie tam będzie czekać. Zajęcia trwały od godziny czternastej prawie do dziewiętnastej. Teraz już wiem, jak robi się ten masaż. Dostałam nawet bańki na swój urzytek i czekam na certyfikat i kfalifikacje z tego. Nie będę już opisywać naczym on polega,bo dla ludzi nieznających się na tym może być to nudne. Jednak powiem że każda szkoła uczy inaczej masażu. Mnie uczyli izometrycznego zupełnie inną metodą Wg. Zborowskiego, a osoby, z którymi uczęszczałam na zajęcia, instruktorka uczyła zupełnie inaczej. Byłam lekko zdezorjętowana, gdy zapytała mnie co właśnie robię. Powiedziałam, że ten izometryczny. Mówiła, że wykonujemy go zupełnie inaczej. Cóż. Na kursie robiłam tak, jak ona chciała, ale wiadomo, że dla swojego urzytku będę robiła tak, jak się nauczyłam. Wkońcu, zdawałam z tego dyplom i nienadarmo miałam z niego 87 procent. Czekam teraz z niecierpliwością na papier z kursu i będę chciała zapisać się na kolejne. We wtorek mam niemiecki, a nie dostałam żadnych materiałów do przerobienia sobie z czwartku. Cóż, nie lubię, jak ktoś jest gołosłowny. Zaczęłam czytać książkę właśnie Joanny Chmielewskiej. Później przeczytam inną pozycję literacką do rozszerzonej matury. 18 Października. Muszę uaktualnić ten wpis. Nie zrobiłam tego wcześniej, ponieważ jakoś nie miałam weny i czasu. A więc, zacznę może od wtorku, dnia 15 października. Poszłam rano na niemiecki prywatny i zrobiłam ćwiczenia, których sama nie byłam wstanie zrobić, ponieważ jak wiecie, mam problemy techniczne dziwnego pokroju. Później, jak zawsze poszłam do studium na ten kurs. Oczywiście, nikt mi tamtych ćwiczeń nie sprawdził, ale już piszę o czym innym. Mogę wam tylko jedno powiedzieć, że już wiem, dlaczego odczuwam kompleks niższości na zajęciach. Otóż wiecie czemu? Okazało się, że kurs, na który chodzę trwa już od pół roku. Poziom b1 nie zaczął się od października, ale znacznie wcześniej. Jak zapisywałam się na niego to przecież nie pomyślałam, aby zapytać o to, czy kurs się już zaczął. Dla mnie logiczne było to, iż jest październik i, że rozpoczynamy coś odpoczątku. Nic bardziej mylnego. Nikt mnie również nie poinformował przy zapisie, że kurs już trwa. Dowiedziałam się od lektorki we wtorek, całkiem przypadkiem, gdy powiedziała, że pół książki już mamy zrobionej. Szok jakiś. Jeszcze muszę sama nadrobić to pół, które oni już zrobili. Mamy z tego chyba w lutym egzamin i ja nie wiem, jak mój będzie technicznie wyglądał i też nie wiem, czy go zdam. Wiecie co? Jestem załamana i czuję się trochę oszukana. Nie mam aż takiego wysokiego poziomu, żeby spokojnie podejść do egzaminu. Pozatym, jest kwestja, której moja mama nie rozumie, a moja siostra podsyca jej złość na mnie, bo posłuchajcie. To jest poziom b1 tego kursu, a na maturę rozszerzoną potrzebuję minimum poziomu b2. One nie rozumieją, że chyba nie dam rady zdać tej matury i teraz mi mówią, że poco tyle pieniędzy rodzice na to wydają. Przecież to nie jest takie proste. Ja w swoim życiu nie miałam tyle styczności z językiem niemieckim, ile mieć powinnam. One jednak, wychodzą z założenia, że skoro mam cały rok wolny, to powinnam się nauczyć do tej matury i zdać. Wcale to nie jest tak, bo niedość, że do matury muszę się uczyć, to jeszcze wypadałoby ogarnąć coś na kurs. Szkoda słów. Wczoraj, moja siostra miała urodziny. Kupiłam jej bransoletkę. Dzisiaj, nasz kolega z klango Radovest gra audycję w takim radiu i mam zamiar jej posłuchać. Ściągnęłam sobię program do pobierania torrentów i teraz mnustwo muzyki i książek mogę nim pobierać. Co jeszcze? Chciałabym w listopadzie zrobić 3 kursy z masażu. Mianowicie są to: masaż gorącymi kamieniami, masaż muszlami lawa i masaż lomilomi. Zobaczymy, czy jakikolwiek kurs masażu dojdzie do skutku. Kompałam dzisiaj moje psy, yorki, bo już brudne były, jeszcze robiłam sałatkę. Uczę się też do matury rozszerzonej z polskiego, a tam też jest tego dużo, ale nie przeraża mnie to aż tak, jak niemiecki. No dobra, trochę przeraża, ale nie tak bardzo. Jeśli się uda, bo naprawdę, koniecznie chciałabym dostać się na te moje studia polsko-niemieckie to wybiorę jako dodatkowy, maturalny przedmiot kulturę antyczną, albo filozofię. Mam osobę, która mogłaby dostarczyć mi do tego materiałów. Jak się nie dostanę to pójdę na studia fizjoterapii w Łodzi. Zobaczymy. Za rok, będę wszystko wiedzieć. Skończyłam czytać książkę Chmielewskiej. Teraz, dość tej literackiej sielanki, ponieważ zaczynam czytać rzeczy do matury. Zagłębiam się w “odyseję” Homera. Chciałam jeszcze powrócić do książki “mistrz i Małgorzata” i napisać coś, co mnie z lekka wstrząsnęło i zaczęłam się zastanawiać, czy jestem osobą normalną. Ten, kto zna książkę, będzie wiedział o co mi chodzi. Mianowicie, książkę interpretuje się tak, że Wolland był pierwowzorem Stalina i szatana. A ja, odebrałam wollanda pozytywnie i bardzo go polubiłam. Cóż, to tak, jakbym polubiła stalina, ale przecież ten wolland wcale nie był zły. Mogli mu inni wierzyć w jego słowa i robić, to co on chciał, anikogoby nie krzywdził. Z Małgorzatą chciał się związać? Chciał ją dla siebie, aby dobrać się do Mistrza? Matko, nie zinterpretowałabym tego tak, wręcz przeciwnie. Myślałam, że on chce jej pomóc odzyskać Mistrza. Znów moja interpretacja zawiodła. Wracajmy jednak do rzeczywistości. To chyba wskrócie wszystko, co chciałam napisać. Kolejne wydarzenia będą uaktualnione w nowym wpisie. Pozdrawiam.

25 Hebe, część 2

Pisała skrzypeńka.
Hera, podeszła teraz do Hefajstosa, złapała go za ramiona i mocno potrząsnęła swoim synem.
- Daj mi ognia!
- Wykrzyknęła, a w jej głosie dało się słyszeć rospacz i ból.
- Po jaki Olimp potrzebny Ci ogień?
- Zapytał zdezorjętowany Hefajstos, prubując wyswobodzić sie z uścisku matki.
- Hestia nie chce mi go dać, a ja potrzebuję.
- Zaczęła zawodzić.
- Nagle, Posejdon wstał ze swojegomiejsca i podszedł do siostry. Chciał odsunąć ją od boga Kowali i zaprowadzić do Zeusa, ale gdy tylko dotknął Herę, ta natychmiast zaczęła krzyczeć głośniej. Ze zdenerwowania oblał ją wodą, a Hefajstos niezamierzenie dostarczył tak upragnionego przez Herę ognia.
- Co ty robisz?
- Wrzasnął bóg Mórz, a Hefajstos próbował opanować swoją moc, nad którą chyba stracił kontrolę.
- Nie mogę tego powstrzymać.
- Wrzasnął, a Hera rzuciła się w ogień parząc sobie ręce. Jej włosy zaczęły się palić.
- Po co ją dotknąłeś?
- Zagrzmiał Zeus podchodząc do Posejdona i odciągając go od małżonki. Hebe widziała rospacz na twarzy swojego brata Hefajsta, który nadal nie umiał zapanować nad żywiołem ognia.
Wkońcu, udało się wyciągnąć Herę z ognistego piekła. Zeus trzymał ją w ramionach, ale ku zdumieniu wszystkich upadł razem z nią na ziemię. Zaczęła bić męża po twarzy i krzyczeć, że ją rani. Władca w obronie wywołał grzmoty i błyskawice, a Posejdon z nerwów zatrząsł Olimpem.
- Co to ma być?
- Zapytała Afrodyta i umknęła do Aresa.
- Jeśli jesteś taki waleczny Heraklesie, to pomóż im!
- Krzyknęła Hebe piskliwie i zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu męża. Nigdzie jednak nie mogła go znaleść. Jej zdaniem, wszystko działo się stanowczo za szybko.
- Jeszcze tylko Hadesa brakuje.
- Pomyślała, a walka bóstw, trwała nadal. Hera dysponowała siłami, o które nigdy, nikt jej nie podejrzewał.
Stoły się poprzewracały, trawa była gdzieniegdzie wypalona, a morska woda lała się strumieniami.
- Herciu?
- Odezwała się Cersei podchodząc do przyjaciółki. Ci, którzy patrzyli na całe zdarzenie, w tej chwili widzieli w niej kobietę odważną. Jednak, odwaga Królowej nie na wiele się zdała, bo gdy zbliżyła się do Hery, natychmiast została powalona przez nią na ziemię i straciła przytomność.
- Trzeba było nie podchodzić.
- Krzyknął Posejdon na swoją ukochaną, chyba pierwszy raz w życiu. Podszedł do niej, przerywając swoją walkę i poprosił Hestię, aby zabrała z sobą nieprzytomną Cersei. Hestja, zniknęła z Królową w ramionach, a Hebe również nie śledziła już dalszego biegu wypadków. Pobiegła szybko w kierunku zamku z zamiarem poszukania swojego męża.
Wbiegła do zamku najciszej jak mogła. Serce waliło jej jak młotem. Zaczęła zaglądać do różnych pobliskich komnat nie wywołując najmniejszego szmeru. Gdy chciała, mogła zachowywać się bezszelestnie. Uchyliła czwarte drzwi po prawej stronie korytarza.
Oczom jej ukazał się dość kompromitujący widok. Ku własnemu niesmakowi zobaczyła Heraklesa, który trzymał w objęciach Muszelkę. Byli chyba w akcie kulminacyjnym własnej roskoszy, bo ktoś, kto patrzył by na nich, miałby tródności z rozróżnieniem czyje kończyny są czyje.
- Ty draniu!
- Wykrzyknęła w ogóle nie zastanawiając się nad tym co robi. W jej sercu zagościł żal i cała do tej pory powstrzymywana gorycz i nienawiść.
- Jak mogłeś mnie tak zdradzić? I to jeszcze z tą heroską.
- Zatrzęsła się z furii.
- Herakles, spojrzał na nią nieprzytomnie, ale powoli na jego twarzy zaczęła ukazywać się uprzejma obojętność.
Oboje zaczęli się szybko ubierać.
- Wy w ogóle wstydu nie macie.
- Stwierdziła Hebe.
- A ty nie powinnaś nas podglądać.
- Oznajmiła Muszelka, a bogimni młodości podbiegła do niej i pociągnęła ją za włosy. Heroska, w odpowiedzi polała boginię wodą, tak, że Hebe przemoczyło od stóp do głów. Woda skapywała z jej ubrań cieniutkimi strumykami.
- Niech twoja osoba będzie uwieńczona starością na całą następną dobę.
- Wypowiedziała formułkę, a Muszelka natychmiast zaczęła przemieniać się w starą kobietę. Włosy jejs tały się siwe, czoło miała pomarszczone i ledwo trzymała się na nogach.
- Jak ty mogłaś?
- Chyba chciała warknąć, ale jej głos zabrzmiał chrypliwie i staro.
- Twoja ukochana chyba już nie jest okazem piękności, co?
- Zadrwiła Hebe wyzbywając się całkowicie swojego strachu. Herakles stał jak porażony i mimowolnie, spojrzał na nią z podziwem.
- Nigdy, nigdy nie byłeś dla mnie dobry. Miałeś moje uczucia za nic. Nie przejmowałeś się mną. Zawsze chodziło ci tylko o twoje potrzeby i o własną, szanowną osobę. Miałeś zero czułości dla mnie i tylko samą brutalność. Jesteś okropny i nikczemny.
- Wyrzucała słowa z prętkością karabinu maszynowego. Od zawsze chciała to wszystko komuś powiedzieć, a teraz, emocje boleśnie się skumulowały i z ich nadmiaru bogini wybuchnęła.
- To się jeszcze okarze.
- Odszepnął mąż zbliżając się do niej z maczugą w ręku.
- Odłóż to.
- Warknęła, patrząc na niego z pod byka.
- Masz odmłodzić Muszelkę.
- Na te słowa, zaśmiała mu się w twarz. Zamachnął się, i gdyby nie zwinność bogini, powalił by ją na ziemię.
- Widzisz? Zawsze tylko miałęś dla mnie pogardę. Myślisz, że kobiety są słabsze od mężczyzn? Wcale nie.
- Tak, ślicznotko. Zawsze tak było. Nawet Zeus Ci to powie.
- Phi, dobre sobie, pięknisiu. Nie nawidzę Cię.
- Wybiegła z komnaty i gnała do swojej przystani ile sił w nogach. Oczy miała pełne łez i trzęsła się od płaczu.
- Mamo, dlaczego ty nie możesz mi pomóc?
- Zapytała samej siebie, głośno szlochając. W tej chwili, brakowało jej Hery jeszcze bardziej niż zawsze.
Czuła się odrzucona i bardzo skrzywdzona. Może, gdyby Herakles zachowywał się względem niej inaczej i nie popisywał się przed nią swoimi umiejętnościami, kto wie, może i by przywiązała się do niego.
W tej chwili, była jednak skupiona na swoim cierpieniu. Cieszyła się, że zamieniła Muszelkę w staruchę, przynajmniej na jedną dobę. To był jej osobisty tryumf i małe zwycięstwo nad Heraklesem.
Niedługo potem, opadła z sił i zasnęła, a na jej twarzy widniały jeszcze ślady łez.
XXXX…
Teraz, jedynym jej celem było pomóc matce. Obiecała sobie, że zrobi wszystko, aby ją wybawić z opresji.
Następnego dnia, miała bardzo podły nastrój. Przemogła się jednak i nosiła się z zamiarem pójścia do Apollina.
Stanęła przed drzwiami jego osobistej komnaty i cicho zapukała.
- Proszę.
- Usłyszała cichą odpowiedź.
- Otworzyła drzwi, a jej oczom, ukazała się siedząca w fotelu Sansa z robótką ręczną w ręku i Apollon, piszący coś zawzięcie na swoim laptopie.
- Czy mogłabym rozmawiać z Apollonem?
- Zapytała nieśmiało, walcząc ze swoim podłym nastrojem.
- Bóg słońca nie zdążył nic odpowiedzieć, bo do pokoju wbiegł mały, sześcioletni chłopiec, wymachując ostrym nożem.
- Z drogi śledzie, bo Tyrs jedzie!
- Krzyknął zamierzając się na Hebe.
- Tyrs, nie wolno tak robić.
- Skarciła Sansa syna.
- Kochanie, weś dziecko i wyjdź. Zamienię parę słów z Hebe i dam Ci znać, gdy już skończę.
- Sansa się zdziwiła, ale posłusznie wzięła Tyrsa za rączkę i wyszła z pokoju.
Twarz Apollina z łagodnej, zmieniła oblicze na surową.
- Wysłanniczka Hery?
- Zapytał ironicznie patrząc na boginię, a ona czuła, że siły ją opuszczają.
- Nie pomogę twojej matce, nie ma mocnych.
- Usiadła ciężko w fotelu, a jej ciałem wstrząsnął suchy szloch.
- Zeus poprosił Cię, abyś do mnie przyszła?
- Nie. Nie.
- Odezwała się słabo unosząc głowę i patrząc mu w oczy.
- Sama przyszłam, bo stwierdziłam, że jak tak wszyscy mają unosić się honorem, to ja już pójdę. Zależy mi na zdrowiu matki, a wszystko inne jest mi obojętne.
Zróbto dla mnie i pomóż jej.
Przynajmniej obejrzyj Herę-.
- Poprosiła.
- No cóż, jak ty nic nie wiesz o życiu.
- Westchnął i wzruszył teatralnie ramionami.
- Wiem więcej, niż ci się zdaje. Mąż mnie zdradził wczoraj z tą głupią Muszelką.
- Nie wiedziała, dlaczego mu to powiedziała. Może czuła zbyt duży ciężar własnych emocji i problemów, z którymi sobie nie mogła poradzić, ale wiedziała, że poruszyła jakąś strunę w jego sercu.
Podszedł do niej i chwycił jej dłonie w swoje.
- No już, nie płacz, bo masz zapiękne oblicze, aby je moczyć łzami. Pomogę jej, ale wiedz, że robię to tylko z twojej prośby. W zamian jednak, chcę czegoś od Ciebie.
- Czego? Czego? Zrobię wszystko co zechcesz.
- Jej oblicze rozjaśnił uśmiech.
- Poproś ojca, żeby mojego Asklepiosa wskrzesił, dobra?
- Oh, dobrze, dobrze, poproszę. Poproszę jeszcze, żeby żona Asklepiosa została boginią.
- Jesteś wspaniałomyślna.
- Skwitował.
- To jak, pójdziesz teraz ze mną do Hery?
- Zapytała jeszcze.
- Pójdę, pójdę, ale nie płacz już.
- Oboje, weszli teraz do komnaty Hery, w której przebywała sama jej właścicielka i Iris, trzymająca ją za rękę.
- Wiesz, że wczoraj, zachowywałaś się skandalicznie?
- Próbowała przemówić do rozsądku Hery bogini tenczy.
- No i dobrze, poco mam zachowywać się przykładnie, skoro nikt mnie nie chce? Własny mąż mnie bije.
- Zmyślasz. Zeus nigdy Cię nie udeżył.
- Bije mnie co noc. Nic nie wiesz.
- Wiem, wiem.
- Nie prawda, pozwalasz mu na to i jeszcze sama mu pomagasz.
- Matko, co ona plecie?
- Zapytała Hebe, stając przy łóżku chorej.
- Odsuńcie się obie, sam chcę przy niej zostać. Usiądźcie na fotelach i zachowujcie się cicho.
- Rozkazał Apollin, a Iris obrzuciła go zdziwionym spojrzeniem. Wkońcu jednak, obie usunęły się bogu z drogi.
- Junona.
- Spojrzał w oczy bogini.
- Junona, to ja, Febus, pamiętasz mnie?
- Przedstawił się.
- To ten, który mi ognia nie chciał dać?
- Nie, to syn Latony i brat jasnowłosej Artemis, którego tak nie nawidzisz, pamiętasz Latonę?
- Tak, to ta co romans z Zeusem miała.
- Brawo, to ta. A po co ci ogień?
- Nie twoja sprawa. Potrzebny i już.
- ALe dlaczego? Zobacz, jakie włosy masz spalone. Jesteś brzytka, wiesz?
- Nie ubliżaj jej.
- Krzyknęła Hebe oburzona.
- Powiedziałem, cicho bądźcie.
- Nie prawda, ładna jestem.
- Afrodyta ładniejsza. Wiesz, żejeśli nie wstaniesz z posłania i nie zajmiesz się obowiązkami Olimpu to Zeus znajdzie sobie kochankę i kto inny będzie rządził za ciebie?
- Hebe przysłuchiwała się rozmowie, że aż przysłowiowy nórz w kieszeni się jej otfierał. Stwierdziła, że Apollin jest poprostu zły, ale czekała na rozwój dalszych wypadków.
- Ale ja nie umiem.
- Hera uderzyła w płacz.
- Jestem taka do niczego. Taka nikomu niepotrzebna. Pozatym, ranicie mnie ciągle, dotykacie, to niby jak mam wyzdrowieć?
- Asklepios musi pomóc.
- Zwrócił się do Bogiń.
- Ja tutaj nic nie zdziałam. Podejrzewam tylko coś, ale wolę nie wystawiać żadnej diagnozy. Mój syn był lepszy w tych sprawach. Teraz, wszystko zależy od ciebie Hebe.
- Wypowiedziawszy te słowa, wyszedł z komnaty.
Xxxx…
- Tato.
- Szepnęła, stając przed obliczem władcy.
- Nie przejmuj się, nie winię Cię za zmienienie Muszelki w staruchę. Dobrze, że tak zrobiłaś. Posejdon był zły, ale wiedział, że nic nie zdziała.
- Hebe obdarzyła ojca uśmiechem.
- Herkules mnie z nią zdradził.
- Oznajmiła.
- Musisz się do tego przyzwyczaić i nie mów mi o takich rzeczach, sam zdradzałem matkę.
- W takim razie, ja też mogę mieć romans z Erosem.
- Pewnie, że możesz.
- Zezwolił ojciec.
- Przynajmniej tyle.
- Pomyślała.
- Usiadła przy Zeusie i zwróciła na niego błagalne spojrzenie.
- Czy mógłbyś ożywić Asklepiosa?
- Zobaczyła na jego twarzy złość.
- Czy wy, nigdy nie dacie mi spokoju? Nie jesteś jedyną, która o to prosi.
- Ale, Ale on jest nam bardzo potrzebny. Dzisiaj, Apollon był u matki…..
- I opowiedziała o wszystkim.
- Nie wiem, jak go namówiłaś, ale najwidoczniej masz jakiś dar przekonywania. Sam byłem zbyt dumny, aby do niego pójść, pozatym, naraził mi się.
- Dobrze, wiem.
- Zgodziła się.
- Ale ożywiłeś już wszystkich cyklopów, których Ci zabił. Nie gniewajcie się na siebie. Sam przecież chcesz, żeby Hera wyzdrowiała.
- Te słowa chyba podziałały na ojca. Wzruszył lekko ramionami i kiwnął przytakująco głową.
- To znaczy, że się zgadzasz? Ożywisz Asklepiosa i uczynisz jego Epionę boginią?
- Co?
O tym ostatnim nic nie wiem.
- Zaprzeczył, ale już niezbyt przekonująco, bo córka rzuciła się w jego objęcia i mocno się do niego przytuliła.
- Kochany jesteś Zeusie, i taki dobry.
- Powiedziała szczerze.
Nie chciała jeszcze odejść od Władcy. Miała do niego jeszcze jedno, osobiste pytanie.
- Tato, czy mógłbyś opowiedzieć mi, jak to się stało, że Hera stała się twoją żoną? Przecież to była twoja siostra.
- Opowiem.
- Zgodził się, a jego oblicze sprawiało widok zamyślonego.
- Nikomu jeszcze tego nie opowiadałem, bo nikt nie pytał. Kiedyś, miałem romans z boginią rozwagi, Tetydą. Została ona później moją żoną. Gaja przepowiedziała mi, że dziecko, które narodzi się z tego związku odbierze mi władzę. Bałem się tego, więc połknołem żonę. Stwierdziłem, że muszę znaleść sobie jej następczynie. Pokochałem Herę. Niestety, była to miłość mocno nieodwzajemniona.
- Naprawdę? Hera kiedyś Cię nie kochała?
- Przerwała córka.
- Tak, drogie dziecko, naprawdę. Poprosiłem ją, aby została moją żoną, ale ona uciekła. Wyobrażasz to sobie? Uciekła i zostawiła mnie samego. Łamałem sobie głowę nad faktem, jakby ją tu zdobyć. Odkryłem jedną słabość twojej matki. Ona bardzo lubi ptaki. Kocha je wręcz. Przez ten cały czas ukrywała się przede mną, bo tak bardzo nie chciała być moją żoną. Miałem jednak swój mały, chytry plan. Zamieniłem się w kukułkę, ale zanim to uczyniłem, wywołałem ogromny deszcz. Wielkie jego krople spadały na ziemię. Przybrałem potem postać ptaka i wyleciałem na poszukiwanie Hery. Znalazłem ją. Nie podejrzewała kompletnie, że to ja. Objawiłem jej się jako mały, bezbronny, zmoczony i przemarznięty ptaszek. Przytuliła mnie do swojej piersi, aby mnie ogrzać. Wtedy, przybrałem swoją własną postać i namówiłem ją, aby powróciła ze mną na Olimp. Zgodziła się. Od tej pory jest moją wierną, i przykładną żoną.
- Piękna historia.
- Powiedziała bogini młodości.
- Uwielbiam takich słuchać.
- Wiem kochana, ale na dzisiaj już koniec.
- Rzekł łagodnie.
- Idź teraz do mamy, zostań trochę z nią, a ja niedługo przyjdę z Asklepiosem.
- Poszła więc do Hery, usiadła przy niej i z bijącym sercem czekała na Zeusa.
Chwyciła ją za rękę, która nadal była zimna.
- Czego tu chcesz? Nikt od wielu lat tu nie przychodzi.
- Powiedziała Hera, plotąc znowu jakieś głupstwa.
- Poprostu, przyszłam Ci potowarzyszyć.
- Powiedziała jak najspokojniej Hebe.
Pół godziny później, przyszedł Zeus, prowadząc z sobą Asklepiosa i Apollina.
Bogini młodości poczuła na sobie wzrok męża Sansy i uśmiechnęła się do Boga.
- Jesteś cudowna.
- Zdawały się mówić jego oczy. Czuła, że jest szczęśliwy z powodu odzyskania syna.
Asklepios, już jako bóg, pochylił się nad Herą, dotknął jej rąk, czoła, oczu i serca.
- Hero, od kiedy jesteś chora?
- Zapytał łagodnie brzmiącym głosem.
- Ja? Ja nie jestem chora. Tylko, nikt mnie nie chce.
- Rzekła rozpaczliwie.
- Tu są zapiski mojej Matki.
- Oznajmiła Hebe, podając zwoje papirusu, na których Hera przelewała swój żal na wszystko co ją otaczało.
Asklepios, przez jakąś godzinę czytał wszystko porządliwie, a na jego twarzy odmalowała się troska.
Hebe widziała, że Zeus trochę się niecierpliwi, było to po nim widać, ale nic nie mówił i tylko czekał spokojnie.
Apollin, usiadł w fotelu i patrzył z umiłowaniem na swojego wskrzeszonego syna.
- Zeusie, czy ty kiedykolwiek biłeś Herę?
- Spytał poważnie Asklepios.
- Nie, nigdy jej nie udeżyłem. Zdradzałem ją, owszem, ukarałem ras, wieszając głową w dół na Olimpie, ale więcej nic jej nie zrobiłem.
- Hero, dlaczego potrzebujesz tak bardzo ognia?
- Nie powiem ci.
- Zaprzeczyła bogini.
- Powiedz, to będzie nasza tajemnica, dobrze?
- Pochylił się nad nią, aby mogła mu spokojnie przekazać istotną informację.
- Nie powiesz Zeusowi?
- W odpowiedzi, kiwnął na zgodę głową.
- Królowa Selyse, która jest również wierną, kazała mi wierzyć w Rhllora, boga światła. Dzięki tej wierze, możemy ujrzeć przyszłość. Zobaczysz. I wygramy wojny, które będą nas czekać.
- Hebe widziała obłęd w oczach matki. Wiedziała, że ona nie jest w tej chwili sobą, a na twarzy Asklepiosa widniało przerażenie.
Sięgnął do swojej sakwy, w której trzymał różne lecznicze zioła i inne potrzebne mu medykamenty. Podał Herze małą fiolkę i kazał przełknąć jej całą zawartość.
Napój miał za zadanie cofnąć wszystkie fizyczne obrażenia i pomóc się Herze uspokoić.
Po zażyciu leku, wszyscy zauważyli, że Hera się uspokoiła i odprężyła.
- Dlaczego ona miała tyle obrażeń?
- Zapytał głucho Zeus.
- Nie mogę wam tego powiedzieć, ona sama musi wam wszystko, odpocządku przedstawić.
- Hero.
- Zeus potrzedł spokojnie do żony i chwycił ją za ciepłą już rękę.
Hebe widziała, jak ojciec spogląda znadzieją w twarz żony.
- Hero, cokolwiek się wtedy zdażyło… No wiesz, podczas okresu, w którym ode mnie odeszłaś. Powiedz nam wszystko. Nic Ci nie zrobię. Nie rozgniewam się, nie ukarzę Cię i nie skrzywdzę. Wszystko muszę wiedzieć, to może mieć ogromne znaczenie w dalszym twoim życiu, jak i w życiu całego Olimpu.
- Napewno tego nie zrobisz?
- Na twarz bogini wróciła spowrotem duma pomieszana z przestrachem.
- Uff, jesteś taka jak dawniej.
- Odetchnęła Hebe, spojrzawszy na matkę.
- Tak, już nie potrzebuję takiej opieki, jak wtedy. Dziękuję Asklepiosie, twój lek był cudowny.
- Moja Hero, opowiedz nam teraz wszystko z tamtych dni.
- Ponaglił spokojnie mąż, a ona powoli odwróciła się do wszystkich i zaczęła opowiadać.

25 Hebe, część 1

Pisała skrzypeńka.
“Hebe”.

Minęło już 5 lat od czasu, gdy Hera powróciła na olimp. Niestety, sprawy skomplikowały się bardziej, niż można było sobie przypuszczać. Zacznijmy jednak od początku.
Bogini młodości, Hebe, najpiękniejsza córka Zeusa i Hery pisała list do swojej przyjaciółki, przebywającej w Hadesie, Persefony.
“Persefonko! Jak sobie żyjesz? Czy nadal chcesz mieć dzieci z Hadesem? Może on też by chciał? Porozmawiaj z nim i się nie frustruj. Napewno, dojdziecie do jakiegoś konkretnego porozumienia. Przynajmniej tobie tego życzę, bo w moim małżeństwie nigdy sie nie ułoży. Sama wiesz o wszystkim, bo Ci opowiadałam. Herakles jest ciągle bardzo narwany, a ja go nie kocham. Boję się, że jeśli będę miała z nim dzieci to on je zamorduje. Nie mam do niego zaufania. Pozatym, jest taki niedelikatny. Ile razy, posiadał mnie siłą, bez mojej woli. Teraz, moja matka jest zamknięta na wszystko, głucha na całę otoczenie i ma chyba depresje. Napiszę Ci więcej, gdy się coś zmieni, bo teraz, nie zanosi się na to. Uściski i pozdrowienia. Hebe”.
Gdy skończyła pisać, wysłała list jednym kliknięciem myszki. Teraz, siedziała głęboko zamyślona, patrząc niewidzącym wzrokiem w ekran komputera. Nagle, poczuła czyjeś silne ręce zaciskające się na swoich ramionach. Wiedziała czyje są te ręce i wzdrygnęła sie na samą myśl.
- Jak można tak strasznie nie nawidzić swojego męża.
- Pomyślała i odwróciła się z niechęcią twarzą ku niemu.
- Czego chcesz?
- Zapytała stojącego za nią Heraklesa. Chciała zadać pytanie ostrym tonem, ale łagodna bogini nie potrafiła wykrzesać z siebie tyle stanowczości, jaką dysponowała jej matka. Strasznie jej tego zazdrościła.
- Ciebie chcę, moja droga.
- Nie możesz poczekać do wieczora? Musisz mi przeszkadzać? Wykarz trochę ludzkich uczuć i zrozumienia.
- Oznajmiła rozpaczliwie.
- Popierwsze, moja żono, nie jesteśmy ludźmi, tylko bogami. Po drugie, uczucia są dla ludzi słabych, a po trzecie nie mogę poczekać do wieczora, bo ty nigdy mnie nie chcesz, więc to już nie ma znaczenia, co i kiedy będę z tobą robił.
- Ma, bo jednak ja posiadam uczucia w przeciwieństwie do Ciebie.
- Nie mów już nic.
- Wziął ją na ręce i zaniósł do ich wspólnej sypialni. Nie interesowało Heraklesa to, że Hebe nie ma ochoty na zbliżenie. Bogini gwałtownie krzyczała, prosiła o pomoc, ale nikt nie nadchodził.
Xxxx…
- Proszę, dziecko. Przeczytaj to.
- Powiedziała cicho Hera podając Hebe cieńki zwój papirusu.
Bogini młodości usiadła na łóżku swojej matki i zaczęła czytać tekst.
“Znowu beznadzieja. Znowu pustka. Rozpadam się na milion cząsteczek, których już nikt nie poskłada w całość. Jestem samotna, tak strasznie, samotna. Płaczę. Ocieram spływające łzy z moich powiek cienkim chitonem, ale to nic nie pomaga, bo łzy dalej lecą i lecą, spadają niczym krople deszczu, których nikt, poza moim mężem nie może powstrzymać. Zranił mnie, tak bardzo mnie zranił. Czuję, że to już nie jest ten sam bóg. Czuję, że ja nie jestem tą samą boginią, którą byłam kiedyś. Milczę. Nic nie mówię, bo mowa nie ma sęsu. Poco mam mówić? Nikt, nigdy mi nie uwierzy. Moje słowa są puste i nietrwałe. Słowo jest ulotne, a pismo? Pismo jest trwalsze. Pamiętam, pamiętam każdy dotyk męża i ciche jego słowa wyrzeknięte do mnie: “kocham Cię”. Nie, to nie jest prawda. On mnie nie kocha. Kocha inne, których jest setki, tysiące, a ja? Jestem tylko chwilą zapomnienia. Jestem Hera, ale czy to ma jakieś znaczenie? Nie, bo jestem ulotna, jak wiatr. Mam dosyć tych nieustannych walk. Lepiej spocząć w spokoju. Dlaczego Kronos dał mi życie? Dlaczego Zeus mnie uratował? Poco tak wszystkim zależało, żebym żyła? Cierpię. Nie chcę żyć. Moja dusza rozrywa się od nadmiaru cierpień. Czuję dotyk rąk Zeusa na swojej skórze. Kiedyś to tak nie bolało. Kiedyś, było to przyjemne, rozkoszne, dające ciepło. A teraz? Teraz jest bolesne. W miejscach, których mnie dotyka zostają rany, bolesne, głębokie rany, z których sączy sie ichor. Nie mogę tego powstrzymać. Nie da się. Nikt tego nie widzi, bo nikt nie jest mną. Umieram, chociaż moje ciało żyje”.
- Hebe przeczytała tekst. Takich pisemnych słów widziała już tysiące. Jej mama produkowała ich w nadmiarze. Wszystkie zwoje zachowała. Teraz, zastanawiała się, czy to ma jakiś sęs czytanie takich deklaracji. Widziała, że mamie nic nie pomaga, że jest zamknięta na otoczenie i wszystko co się dzieje wokół niej. Wszyscy podejrzewali, że coś sie stało podczas jej ucieczki z Olimpu. Nikt tylko nie mógł wpaść na pomysł, co to było.
- Mamo.
- Szepmnęła i dotknęła ręki bogini. Jej dłoń była zimna. Każdy bóg ma ciepłe ręcę, a Hera miała zimne co nie współgrało z boską naturą.
Matka zadrżała pod wpływem jej dotyku, ale chwilę później sie odprężyła i uspokoiła.
- Chcesz mi pomóc?
- Zapytała Iris, która weszła do komnaty Hery patrząc sie na Hebe.
- Tak, oczywiście, a co mam zrobić?
- Pomusz mi ją wykąpać. Sama nie wstanie i nie pójdzie.
- Hebe nigdy nie pomagała przyjaciółce w tych czynnościach, ale teraz, chciała jej ulżyć.
- Musisz ją tam zanieść?
- Zapytała bardziej, niż stwierdziła.
- Muszę.
- Hera.
- Zero odpowiedzi.
- Hebe opserwowała wzrok matki, który był nieobecny.
- Hero, idziemy się wykompać.
- Próbowała przekonać Iris.
- Na te słowa władczyni Olimpu zatrzęsła się i zaprotestowała gwałtownie.
- Przecież musisz być zadbaną, jesteś panią Olimpu. Pamiętasz?
- Spróbowała przekonać córka.
- Nieprawda. Jestem nic nie znaczącą osobą. Nikt mnie nie kocha, a ja też nikogo nie. Chcę umrzeć.
- Nie gadaj takich bzdur.
- Rzekła już ostrzej Iris i dźwignęła boginię z posłania.
Bogini młodości przygotowała wanne z ciepłą wodą i obie z Iris włożyły do niej krzyczącą Herę.
Po skończonej kompieli natarły boginię wonnym olejkiem, którego tylko ona używała. Uczesały jej długie włosy. Ubrały żonę Zeusa w chiton i posadziły na fotelu przed komputerem.
- Posłuchaj sobie kochana muzyki, może to Cię jakoś pobudzi.
- Odezwała się Iris do Hery, a Hebe wrzasnęła przestraszona patrząc się na matkę.
- Co jest?
- Ona, ona krwawi. Ręce jej krwawią. Ichor sączy się z otwartych ran.
Hera była jakby nieobecna. Nie rejestrowała w ogóle co działo się wokół niej. Obie boginie podniosły ją z fotela, na którym, o zgrozo, również widniała krew.
- Jej stan chyba się pogarsza.
- Rzekła smutno Iris.
- Ubrały ją w kolejny chiton, a tamten postanowiły uprać.
Hera krzyczała kuląc się na swoim posłaniu. Był to rozpaczliwy, wołający o pomoc krzyk.
- Na Olimp, co wy jej robicie? Dlaczego ona tak krzyczy.
- Wrzasnął Zeus, zjawiając się w komnacie.
- Nieeeee! Nieeee! To jest to co mnie tak strasznie rani.
- Zawodziła Hera.
- Co kochanie Ciebie takrani? Co Cię rani? Powiedz mi najmilsza co to jest? Powstrzymam to, jeśli tylko będę mógł.
- Zeus podszedł do żony, dźwignął ją z łatwością i utulił w swoich ramionach.
Chwycił jej zimne dłonie w swoje, aby dostarczyć bogini tak bardzo potrzebnego ciepła.
- Hera uspakajała się powoli.
- Protestowała, aby Zeus jej nie dotykał, Znowu zapomniała o tym,, że jego dotyk ją rani.
- Tato, ona krwawiła.
- Odezwała sie przestraszona Hebe. Wiedziała, że nie wolno jej się rozpłakać, wiedziała, że to tylko pogorszyłoby stan matki. Nie mogła jednak patrzeć na jej cierpienie, które niewiadomo czym było spowodowane.
- Jej stan się pogarsza.
- Oznajmiła ponownie Iris ścierając złotą krew bogów z krzesła.
- Gdybym wiedział, co jej jest, to uwierzcie, pomógłbym swojej żonie. Już od pięciu lat się tak męczy.
- Głos Zeusa sie załamał. Hebe wiedziała, że ojciec jaki był taki był, ale zależało mu bardzo na tym, aby matka wróciła do pełni sił.
Xxxx…
- Co to za durne przyjęcie? Czy oni naprawdę nie mogą normalnie funkcjonować? Nie, nie,, nie, bo trzeba odstawiać jakieś szopki. Mamę mam chorą, a oni ciągle tylko wymyślają jakieś głupoty.
- Złościła się Hebe.
Otóż Dionizos zarządził przyjęcie z okazji przybycia na Olimp córki Posejdona, Muszelki.
- I ty oczywiście musisz tam być.
- Dodał Bóg wina zwracając się do Hebe.
Chciała mu powiedzieć, że sam może sobie ich wszystkich opsługiwać, że ona nie ma ochoty nalewać ambrozji i podawać nektaru. Nie mogło jednak przejść jej to przez gardło.
- Hestio, czy zajmiesz się swoją siostrą?
- Spytała Hebe boginię ogniska domowego, siostrę Hery.
- Tak. Na przyjęciu czułabym się samotna i niepotrzebna. Tutaj, przynajmniej wiem, że nacoś i komuś się przydam. Idź na tą ucztę.
- Ja tak bardzo nie chcę.
- Hebe posmutniała, a Hestia przytuliła ją mocno do siebie.
- Wiem drogie dziecko, wiem, ale musisz być silna. Musisz zrobić to dla swojej matki, nie wolno Ci się tak załamywać.
- Nie chodzi tylko o matkę…
- Zaczęła Hebe. Chciała opowiedzieć o Heraklesie. O tym, że jest jej tak ciężko, że nie nawidzi swojego męża, ale się powstrzymała. Musiała przecież być silna.
- Podejrzewam, że chodzi Ci o coś więcej. Niestety, nie mogę Ci pomócw tej sprawie. Wiem, że cierpisz.
- Odezwała się Hestia. Później, zmieniła swoją boską osobę na postać małej, ośmioletniej dziewczynki.
- Teraz pójdę do Herci.
Hebe poszła odprowadzić Boginię.
Stanęła tylko w drzwiach obserwując, jak Hestia kładzie się obok siostry i ją mocno przytula. Wyglądało to tak, jakby matka spała w łóżku ze swoją córką. Żona Heraklesa uśmiechneła się do nich obu. Hestia odwzajemniła uśmiech, ale Hera chyba nawet nie zauważyła, że Córka pojawiła się w zasięgu jej wzroku.
Smutna odeszła do swoich komnat, aby przygotować się na przyjęcie.
Założyła peplum i uczesała swoje długie włosy. Chciała wyglądać jak okaz najświeższej i niewinnej młodości.
- Idziemy na tą uroczystość razem, moja piękna.
- Odezwał sie Herkules obracając ją przodem do siebie i przyglądając się z nieukyrwanym zachwytem żonie.
- Jesteś jeszcze młodsza i piękniejsza.
- Dlaczego razem? I tak nie będę tam siedziała przy tobie, bo przecież muszę rozdawać nektar i ambrozję.
- No to co, ale nie wypada nam pójść tam osobno.
- Naprawdę, nie chciała tam iść. Spróbowała coś wymyślić i zagadnęła ostrożnie znienawidzonego męża.
- Czy ja muszę tam pójść? Czy niemógł byś wymyślić czegoś, aby mnie wytłumaczyć? Naprzykład, że jestem chora, albo nie wiem co, że zaniemogłam.
- Gdy skończyła mówić, spuściła skromnie oczy. Z taką nieśmiałością wyglądała jeszcze bardziej niewinnie. W odpowiedzi usłyszała rubaszny śmiech i stukot maczugi, którą Herakles trzymał w ręku i, z którą prawie praktycznie się nie rozstawał.
- Nie. Boginie nie chorują. A ja nie odmówię sobie przyjemności pokazania ciebie na publicznym przyjęciu.
- Nie ma co pokazywać.
- Zaprzeczyła.
- A boginie chorują. Hercia zachorowała.
- To nie jest dla mnie bogini. Nie nawidzę twojej matki. Prześladowała mnie całe moje ziemskie życie. Była inicjatorką dwónastu prac, które musiałem wykonać, zesłała na mnie węże, aby mnie zadusiły, gdy miałem roczek. Kazała Dejanirze mnie zabić, maczając moją koszulę w krwi centaura. Zesłała na mnie obłęd, przez który zamordowałem swoją żonę i dzieci.
I zaco? Tylko za to, że byłem synem Alkmeny i Zeusa.
- Hebe rozumiała męża, naprawdę, ale nie kochała go. Nie umiała dażyć uczuciem boga, który ją poślubił.
- ALe ojciec w nagrodę za twoją dzielną odwagę dał Ci nieśmiertelność, i z Herosa stałeś się bogiem, więc ci odpłacono dobrym za złe. Nie masz powodu, aby gniewać się teraz na Herę. Tą nieśmiertelność, musisz również jej zawdzięczać. Gdybyś nie napił się mleka z jej piersi, źródła wiecznego życia to chyba byłbyś śmiertelnikiem.
- Bóg skrzywił sie na te słowa.
- Pozatym…
- Przybliżyła się do niego i wyszeptała spoglądając mu głębogo w oczy.
- Masz imię na cześć mojej matki. Herakles, sławiący Boginię Herę.
- Zaśmiała się wesoło na tą wypowiedź, bowiem wiedziała, że pojedynek słowny był przez nią wygrany.
Obroniła swoją matkę.
- Nie masz się z czego cieszyć.
- Jego głos zabrzmiał ostrzej niż się tego spodziewała.
- Zawsze możesz mówić na mnie Herkules.
- Stwierdził, a jej już było wszystkojedno, bo i tak chciał czy nie chciał, musiała iść na ucztę.
- I tak będzie zaczynało się twoje imię od Her. Wolę mówić Herakles, bo od Hera się zaczyna.
- Okropna jesteś.
- Oznajmił i wyciągnął przed siebie ręce, aby ją chwycić, ale zwinnie uskoczyła przed nim.
- Chodź, idziemy, bo tracimy tylko czas.
- Mówiąc to, w jednej chwili pojawił się przy niej i chwycił ją mocno za nadgarstek.
- Jestem zwinniejszy od ciebie, kochanie.
- Rzekł ironicznie, a Hebe czuła, że jest ciągnięta przez niego.
- To niesprawiedliwe.
- Powiedziała jeszcze, ale nie miała wyboru. Dała się więc poprowadzić na Mythikas.
- A co o tym przyjęciu mówi Zeus?
- Zapytała jeszcze męża.
- Nic, jest trochę zły, ale zgodził się tylko ze względu na Dionizosa. Przecież wiesz, jak bardzo go kocha.
Chwilę później, weszli na najwyższy szczyt Olimpu.
- Oh, dlaczego się spóźniliście?
- Zapytał Dionizos patrząc na parę bogów.
- Przepraszamy najmocniej, nie chcieliśmy.
- Odpowiedział Herakles, a Hebe wykorzystała okazję i wyrwała swój nadgarstek z jego dłoni. Podbiegła do smutnie stojącej w koncie Ejlejtyji, swojej, rodzonej siostry, opiekunki ciężarnych kobiet i porodów.
- Byłaś u Hestii?
- Zapytała cicho.
- Tak, byłam. Junona chyba się ocknęła, prawie zaraz po tym, jak Hestia do niej przyszła. Hera zadawała jej dziwne pytania.
- Jakie?
- Ejlejtyja spojrzała speszona na siostrę, ale odrzekła.
- Naprzykład pytała ją, dlaczego Hestia jest całe życie dziewicą? I jak to jest być dziewicą? Co to zmieniło w jej życiu, i czy coś zmienia? Dlaczego ślubowała taki stan? Prosiła ją o ogień. Nie wiem po co. Bardzo dziwne to było.
- Speszyła się.
- Bardzo chcę, żeby mama wyzdrowiała.
- Odszepnęła cicho hebe. Pytania matki nie dawały jej spokoju. Zauważyła, że jej rodzicielka ma dziwne analizy życiowe, i tak właściwie nie wiadomo skąd wzięte.
- Chcę, żeby mama wyzdrowiała.
- Szepnęła do Ejlejtyji.
- Ja też. Przebaczyłam jej karę, którą kiedyś od niej otrzymałam.
- Hebe skierowała nanią pytające spojrzenie.
- No wiesz, za to, że pomogłam Leto urodzić Apollina i Artemidę. Ten naszyjnik od Latony naprawdę bardzo mi sie podobał.
- Wiem, spokojnie.
- Bogini młodości uspokoiła siostrę.
\- Zaglądaj tam czasem do nich, dobrze? Ty możesz się przynajmniej stąd ruszyć, a ja, niekoniecznie.
- Zrobiła niezadowoloną minę, a Ejlejtyja kiwnęła na zgodę głową.
Hebe odeszła, gdyż uczta już miała się rozpocząć, a nektaru jeszcze nie podano.
Wszyscy jak na komendę wlepili wzrok w postacie, które ukazały się na szczycie. Były to Cersei i Muszelka, prowadzone przez boga mórz. Hebe oceniła Muszelkę jednym krótkim spojrzeniem.
Heroska miała zielone oczy i czarne włosy.
- Po ojcu te włosy.
- Przemknęło przez myśl bogini młodości.
Cersei wyglądała jeszcze piękniej niż ostatnio, gdy widziano ją kłócącą się z Aryą.
Bogini powinna je lubić, gdyż jej matka napewno bardzo pochwalała by przybycie obu pań na Olimp, ale nie bardzo jej to wychodziło. Z miejsca, poczuła odrazę do siedemnastoletniej Muszelki i jej matki. Nie wiedziała, czym było to spowodowane, ale tak czuła. Przeniosła teraz swoje spojrzenie na męża, który spokojnie siedział przy stole. Widziała, jak Herakles rzuca powłuczyste spojrzenie Muszelce, a tamta je odwzajemnia.
Nie kochała męża, ale pomimo to w jej sercu zakiełkowała niczym nieuzasadniona zazdrość.
Próbowała ściągnąć wzrok męża na swoją osobę, ale on, zdawał się jej nie dostrzegać. Zezłościła się. Przygryzła dolną wargę i zaczęła w pośpiechu roznosić ambrozję.
- Co się stało córko, że jesteś taka zła?
- Szepnął do niej Zeus.
- Nic, nie podoba mi się ta Heroska.
- Odwarknęła.
- Phi, nie tylko tobie.
- Odrzekł nie okazując urazy jej zachowaniem.
- To córka Posejdona.
- Dodał jeszcze, patrząc się krzywo na brata. Córka ucieszona, że ojciec czuje to samo co ona, pokrzepiła się trochę na duchu.
- Muszą tu być?
- Zapytała, nie mając nadzieji na jakąś poprawiającą jej samopoczucie odpowiedź.
- Muszą, bo Dionizos sobie tego rzyczył. Mam do syna słabość. Trudno, przebolejemy.
- Uśmiechnął się do niej, a uśmiech ten bardzo ją zaskoczył. Ojciec, przez ostatnie 5 lat chodził przygnębiony. Nic dziwnego, z matką nie było lepiej, a ona też chodziła jak struta. Widziała, że to nieszczęście matki bardzo zbliżyło ją i ojca do siebie. Mieli razem o kogo się troszczyć. Tak naprawdę, Herę odwiedzali tylko Zeus, Iris, Ejlejtyja, Hestia i oczywiście ona. Nikt więcej jakoś się do tego nie kwapił, a Posejdon był u siostry tylko raz. Ares nie odwiedził matki ani razu, chociaż Ejlejtyja go nagabywała o ten gest. Hefajstos o niej zapomniał, ponieważ miał swoją rodzinę i to o nich się troszczył.
Impreza rozpoczęła się na dobre. Muzy Apollina przygrywały dźwięcznie i śpiewały słodko swoimi pięknymi głosami, a Terpsychora tańczyła w rytm muzyki.
Arya rozmawiała z bogiem wina, a do Hefajstosa przysiadła się niewiedzieć czemu Afrodyta.
Sansa tańczyła ze swoim mężem na parkiecie, a Hebe przyglądała im się ukratkiem. Od dawna rozważała myśl, aby zwrócić się o pomoc do Apollina w sprawie matki, ale bała się, a piękny Bóg również nie rozmawiał z Zeusem.
- Wszystko takie skomplikowane.
- Pomyślała z boleścią.
- Szukała wzrokiem Ejlejtyji, ale nigdzie nie mogła jej znaleść. Pomyślała więc, że tamta umknęła z uczty, aby pójść do matki.
- Piękna, podasz mi puchar z winem?
- Poprosił Eros, bóg miłości i namiętności seksualnej. Był on synem Afrodyty i Aresa.
- Hebe natychmiast przyniosła rządany przez niego napój.
- Usiądziesz?
- Wskazał zapraszająco na wolne miejsce obok siebie.
- Pewnie, że usiądę.
- Dlaczego jesteś taka przygaszona?
- Zapytał, patrząc na nią długo i porządliwie.
- Czy nikt tego nie rozumie? Naprawdę nikt?
- Powiedziała z rospaczą, a w jej oczach pojawiły się łzy. Uśmiech Erosa przygasł.
- Mamę mam chorą i nic jej się nie poprawia. Nie umiem sobie z tym poradzić.
- Wyciągnął swoją dłoń i położył na jej drobnej ręce. Czuła, jak jego delikatne palce przesuwają się po fakturze jej dłoni.
- Dlaczego to robisz?
- Szepnęła cicho.
- Kochała go, dobrze o tym wiedział. Był to jedyny bóg, do którego czuła porządanie, którego chciałaby za męża. Dlatego, nie nawidziła tak bardzo dotyku Heraklesa. Nie chciała przyjmować go w swoich komnatach. On był taki brutalny i bezwzględny. Nigdy go nie zdradziła, chociaż wiedziała, że z łatwością mogłaby to zrobić. Bała się gniewu małżonka. Ze smutkiem musiała przyznać, że wielu rzeczy się obawiała. Kochała matkę, ponieważ tamta robiła wszystko, aby ojciec nie wydał ją za swego walecznego syna. Stało się jednak inaczej. Eros tak żadko pojawiał się na Olimpie. Żył własnym życiem, wiedziała o tym.
Mógł mieć wiele kobiet. Grał tak pięknie na lutni, ale nigdy nie konkurował z Apollonem, miał do niego zbyt duży respekt. Czasem, siedzieli razem w jakimś cichym zakontku Olimpu, a on przygrywał jej cihutko na strunach lutni. Doprowadzał ją tym do płaczu. Nigdy jednak, nie powiedział jej, że ją kocha. To bolało, tak strasznie, mocno, bolało.
Jej dusza żyła tylko dla niego, a on? On tego nie dostrzegał. Ugadzał tylko innych strzałą amora i sprowadzał na nich cierpienie.
- Powiedz mi…
- Wyrwał ją z głębokich zamyśleń.
- Czy będziemy kiedyś razem szczęśliwi?
- Zwróciła na niego zdziwione spojrzenie.
- N, Ni, nie, nie, nie wiem.
- Wyjąkała.
- Kocham Cię. Próbowałem szczęścia z innymi kobietami, ale to ty jesteś tą Boginią, którą sobie wybrałem.
- Szepnął i objął ją w talii. Przytuliła się do jego piersi, a z gardła wyrwał się jej długo powstrzymywany szloch.
- Nie płacz. Nie płacz.
- Uspokajał ją cicho syn Afrodyty.
- Rozejrzała się po sali, aby zobaczyć, czy nie widzi ich Herakles. Nigdzie jednak go nie zauważyła. Widziała wzrok Posejdona, który nachwilę się na niej zatrzymał. Spojrzała mu w oczy, a on w odpowiedzi tylko figlarnie się uśmiechnął.
- Wiem, że moje słowa były dość nieoczekiwane, ale czas pomyśleć o sobie. Wiem, że nie mogę Cię mieć za żonę, ale za kochankę już tak.
- Ale ja nie mogę. Boję się Heraklesa.
- Nie powinien mi nic zrobić.
- Odezwał się Eros.
- Poproszę Zeusa o rozwód.
- Powiedziała, lekko się uśmiechając.
- Nie słyszałem, żeby bogowie się rozwodzili i wątpie, że ojciec Ci go da. A co do twojej mamy, to mam nadzieję, że niebawem wyzdrowieje.
- Wyswobodziła się z jego uścisku i zauważyła na jego twarzy zupełną beztroskę.
- Tylko ja mam tyle trosk na głowie?
- Zdziwiła się głośno.
- Nie. Pewnie nietylko ty. Ja staram się ich nie mieć, bo to tylko psuje piękność życia. Przyjdź do mnie później, teraz, idź i zajmij się innymi kochana, bo zaraz będą Cię nagabywać.
- Uścisnął mocno jej rękę i pomógł wstać z krzesła. Spojrzała jeszczeraz w jego oczy i odeszła.
Wiedziała, że o tym spojrzeniu będzie śniła całą noc.
Chwilę później, stało się coś bardzo nieoczekiwanego.
Na Mythikas, wpadła Hera otulona szczelnie swoim himationem. Za nią, biegły rozpaczone Hestia i Ejlejtyja.
Hebe, zatrzymała się w pół drogi do jednego ze stołów i zaczęła obserwować bieg wydarzeń.

24 Zeus, część 2

Pisała skrzypeńka.
Xxxx…
Chciał zawszelką cenę dać kres niedorzecznościom, które miały miejsce w okół niego. Znalazł rozwiązanie dręczącego go problemu i postanowił pomścić krzywdę brata. Z zadowoleniem patrzył na Asklepiosa siedzącego przed nim w fotelu.
- Herosie, wiesz, że mnie rozgniewałeś?
- Młody Asklepios spojrzał na Zeusa z z zaskoczeniem wymalowanym na twarzy.
- Ja? Czym mógłbym Cię rozgniewać? Tylko leczę rannych i niosę im ukojenie w cierpieniu. To moje przeznaczenie. Mój ojciec, Apollo ma mnie w swojej opiece. Sam dobrze o tym wiesz.
- Asklepios spuścił wzrok.
- Ty naprawdę nie wiesz, jakiej zbrodni się dopuściłeś?
- Zeus patrzył zdziwiony na syna Apollina, który skulił się teraz na swoim siedzeniu.
- Już 27 lat żyjesz na tej ziemi i dopuściłeś się czegoś okropnego. Sprzeciwiasz się prawom boskim.
- Jakto?
- Zapytał zdezorjętowany Asklepios.
- Pomogłem tylu ludziom w Grecji i w Egipcie pod czas swojej niewoli. Zostałem nauczony zaawansowanej sztuki lekarskiej przez centaura Hirona i innych, a ty mówisz, że sprzeciwiam sie boskim prawom?
- Władca pochylił się do przodu w swoim fotelu, a jego cierpliwość znów została wystawiona na poważną próbę.
- Zacząłeś ożywiać zmarłych.
- Wyszeptał bardzo cicho.
- Chciałem, żeby grecja wygrała tą wojnę Trojańską i, żeby ci co zmarli, poprostu powrócili. Chciałem poprostu pomóc cierpioncym żonom, które straciły swoich ukochanych mężów.
- Wyrecytował heros sztuki lekarskiej.
- Powiedz, kogo ożywiłeś?
- Achillesa, Agamemnona, Patroklosa i to tyle. Naprawdę, przysięgam.
- Kłamiesz. Jest więcej ożywionych. Myślisz, że Hades tego nie zauważył?
- Zeus opserwował rozpacz, która widniała na twarzy młodego Asklepiosa. Musiał położyć kres jego poczynaniom.
- Już nigdy nikogo nie ożywisz, już nigdy nikomu nie pomożesz.
- Proszę, nie zabijaj mnie. Chciałem światu nieść ulgę i pomoc, chciałem być dobry. Nadrabiałem swoją słabość w walkach sztuką lekarską. Jestem niewinny.
- Roznieciłeś kolejne niesnaski wśród śmiertelników i dostarczyłeś mi sporo nowej roboty, nie mam litości dla Ciebie.
- Mam do Ciebie jeszcze jedną, ostatnią prośbę.
- Wyszeptał słabo syn Apollina.
- Proszę, Zaopiekuj się moją żoną Epioną, która uśmierza cierpienie i moimi Synami: Machaonem, internistą i Podaleiriosem, chirurgiem. Oraz córkami, boginiami zdrowia: Iaso, Panakeją, Ajgleą, i Akeso.
Asklepios spojrzał ostatni raz na władcę, a chwilę później, zamknął oczy już na wieki.
- Przemieniam Cię w gwiazdozbiór Wężownika. Przynajmniej tyle mogę dla ciebie uczynić.
- Powiedział do Herosa, a tamten zniknął.
Następnego dnia, władca poznał smak zemsty swojego syna. Apollin bowiem pozabijał w odwecie za jego zbrodnię wszystkich cyklopów, którzy wykuli piorun Zeusa.
Xxxx…
- Apollinie, otrzymujesz karę i to surową. Bardzo mnie rozgniewałeś.
- Patrzył z góry na swojego syna, który zachowywał się teraz bardzo bezczelnie. Stał wyniosły i patrzył drwiąco na Zeusa.
- Zabiłeś mojego Asklepiosa, a ja Ci dałem odczuć swoje niezadowolenie. Nie mogłeś mu wytłumaczyć, że nie powinno się nikogo wskrzeszać? Nie, nie mogłeś, trzeba było popełnić zbrodnie. Bardzo się na tobie ojcze zawiodłem.
- Na Zeusa spoglądały oczy pełne smutku, gniewu i wyrzutu.
- Nie interesują mnie twoje uczucia. Muszę doprowadzić teraz świat do normalnego porządku. Ludzie powinni umierać, a ciebie zsyłam do Tartaru.
- Nieee! Nieeee!
- Straszny krzyk Apollina rozniósł się echem po Olimpie.
- Nie rozpaczaj, bo to nic Ci nie da. Teraz, zejdź mi z oczu.
Pięknemu bóstwu nie trzeba było więcej tego powtarzać, zniknął jak kamfora z przed surowego spojrzenia ojca.
XXXX…
Dwa tygodnie później Zeus u progu swojej komnaty zobaczył poważną Latonę, która bez zaproszenia weszła i usiadła w fotelu.
Była to Tytanida, córka Kojosa i Fojbe. Matka APollina i Artemidy.
- Co chciałaś?
- Wiedział, że pytanie to było mocno nie na miejscu, ale cóż innego mógł zapytać?
- Zeusie.
- Latona przełknęła łzy.
- Zeusie, proszę, nie skazój na taką okrutną karę mojego dziecka. Już wystarczy, że Artemida jest pozbawiona boskiej mocy.
- ALe jej to odpowiada. Czuje się z tym całkiem szczęśliwa.
- Zauwarzył, a ona oznajmiła.
- Tak, ja wiem, ale Apollo jest inny. Pozatym, to jest też twoje dziecko. Błagam Cię.
- Podeszła do niego i usiadła mu na kolanach.
- Błagam na miłość do ciebie.
- Nie jesteśmy razem.
- Spróbował zaoponować, ale nie bardzo mu to wyszło, gdyż Leto mocno się do niego przytuliła.
- Ale kiedyś byliśmy. Kochałeś mnie, a ja odwzajemniałam twoje uczucia.
- Wyszeptała zmysłowo.
- Potem, otrzymałam z tego tytułu osobistą karę od twojej ukochanej Hery. Zesłała na mnie pytona i musiałam się ukrywać.
- Imie małżonki podziałało jak otrzeźwienie. Przypomniał sobie, że Hera właśnie od niego odeszła, a on nie zrobił jeszcze nic, aby ją odszukać.
- Latono.
- Wysilił się na powagę.
- Twoja kibić mnie już tak nie urzeka. Nie chcę być niegrzeczny, ale proszę Cię, zejdź z moich kolan, bo to tak niewypada.
- Od kiedy tak sądzisz? Nieładnie tak szybko nudzić się kobietami. Uwolnij Apollina, a dam Ci spokój.
- A jak nie uwolnię to co mi zrobisz?
- W odpowiedzi tytanida zanurzyła jedną rękę wjego bójnych, siwych włosach, a druga powędrowała ku jego klatce piersiowej.
- Nie. Stanowczo nie.
- Zaprotestował słabo. Nie wiedział, dlaczego, ale czuł, że ma wyrzuty sumienia względem swojej żony. Tęsknił za Herą, a tutaj Latona tak bez pardonu maca go tam, gdzie nie powinna.
- Kiedyś Ci to nie przeszkadzało.
- Szepnęła znowu.
- ALe teraz przeszkadza. Daj mi spokój. Apollin dostanie karę, czy tego chce, czy nie, ale złagodzę mu ją.
- Pasuje?
- Latona zreflektowała się i zeszła z kolan władcy.
- Nasz syn, będzie musiał rok spędzić na służbie jako parobek u króla Admeta w Tesalii. Ma strzec jego stad z innymi pasterzami i dzielić ich trudy pracy. W wolnych chwilach może zabawiać sie grą na fujarce. Gdy ten okres minie, będzie mógł spowrotem wrócić tutaj na Olimp. Zadowolona?
- Ah, tak.
- Zatańczyła z radości przed jego obliczem.
- Idź i mu to przekarz, bo ja nie chcę go widzieć.
- Latona wyszła, a on znów został sam.
- Pora odzyskać żonę.
- Pomyślał i przywołał do siebie Hermesa.
Bóg ten nie przybył zwyczajnie. Wleciał poprostu do Zeusowej komnaty. Posiadał sandały, które miały skrzydła i dzięki nim mógł latać.
- Mam dla Ciebie zadanie.
- Oznajmił Zeus.
- No, no, co tam tato? Każdy dla mnie jakieś zadanie ma, więc słucham. Z radością wypełnie każde, które mi zlecisz.
- Gdy skończył mówić, zrobił niedbały, gimnastyczny skłon, a następnie postukał swoim kaduceuszem o podłogę.
- Mógłbyś się skupić?
- Rzekł delikatnie ojciec.
- No, ja cały czas Cię słucham.
- Odparł Hermes przypatrując się swoim splecionym na lasce wężom.
- Naprawdę masz taką podzielną uwagę?
- Zdziwił się chmurowładny, a Hermes wykonał piękną, męską pompkę.
- Oczywiście ojcze, a co chcesz, żebym dla ciebie zrobił? Gadaj śmiało. Swoją mową przekonam każdego skim chciałbyś zawrzeć jakiś układ. Wkońcu nie na daremnie mówią o mnie, że jestem bogiem przekonującej mowy.
- Wiesz, gdzie jest Hera?
- Nie, a co? Znaleść Ci ją i sprowadzić? Mogę to uczynić.
- Niemożesz, dobrze wiesz, że nie możesz. Hera jest potężniejsza od Ciebie.
- No, ale ja zrobiłem więcej dla ludzkości. Patrz, wymyśliłem pismo, ćwiczenia gimnastyczne.
- Mówiąc o ćwiczeniach, Zeus zobaczył jak Hermes zademonstrował mu wspaniałego fikołka.
- Odprowadzam zmarłych do krainy Hadesu, wynalazłem też liczby.
- Tak tak, wiem, ale z Herą sobie nie poradzisz. Jestem jedynym, który może ją uspokoić. Tylko, że ostatnio mi jakoś nie wyszło.
- Twarz boga przybrała skruszony wyraz.
- Jakto ci nie wyszło?
- Zapytał zaciekawiony Hermes i przezchwilę skupił wzrok na ojcu.
- No normalnie, nie widzisz, że nie ma jej na Olimpie już od dwóch tygodni?
- Hermes pokiwał głową na zgodę, że to zauważył.
- Ja ją znajdę i powiem Ci, gdzie ona jest. Czy możemy tak zrobić?
- Nie. Chciałbym, żeby sama do mnie przyszła. Skoro potrafiła ode mnie odejść to i potrafi też tu wrócić.
- Powiedział Zeus władczo, a Hermesowi zaświtał pomysł odzyskania Bogini.
- Już wiem, jak ją odzyskamy. Rozgłoszę po świecie, że ponownie się rzenisz i, że wesele z nową panną młodą będzie odbywało się na wierzchołku góry Ida, we Frygii. Tam, gdzie odbywało się kiedyś twoje i Hery. Wtedy ona przyjdzie i pojawi się u twego boku.
- Na Zeusa twarzy wykwitł dawno niewidziany uśmiech.
- A gdzie ja znajdę taką Pannę młodą.
- Zapytał syna.
- W tym sęk, że nie będziesz jej szukał. Panna młoda będzie zwykłą kukłą, owiniętą w różne piękne stroje. Gdy Hera przyjdzie na wierzchołek góry i zobaczy ją, natychmiast będzie chciała zademonstrować swoją zazdrość. Ty wtedy rozwiniesz kukłę ze strojów, a twoja żona zobaczy, że nie jest to żadna żywa istota.
- Ty spryciażu. Naprawdę, żałuję, że wypędziliśmy Cię wtedy z Olimpu. Już nigdy tego nie uczynię.
- Wiem, wiem.
- Odpowiedział szybko Hermes.
- Tęskniliście za mną. Jestem tak wam potrzebny, że nie mogliście beze mnie wytrzymać. Ja też za wami tęskniłem.
- Wyznał, a jego plan domagał się natychmiastowej realizacji.
Xxxx…
Parę dni później, Hefajstos zmajstrował kukłę, która była prawie taka wysoka, jak Zeus. Miała na sobie grecki strój i piękny uśmiech wymalowany na twarzy. Włosy jej były złociste, a Afrodyta nadała im pięknego połysku.
Sama bogini, nie zgodziłaby się na pomoc Zeusowi, ale przez swoją dobroć nie potrafiła odmówić. Oczy kukły miały kolor brązowy. Panna młoda wyglądała niczym marzenie każdego człowieka, który pomyślałby, że jest ona prawdziwą istotą. Hera miała właśnie tak pomyśleć. Ubranie owego monstrum składało się z wielu warstw. Na głowę założono jej wieniec laurowy Apollina, bo niestety, nie było niczego w podobnym, malowniczym stylu tak, aby pasowało do stroju. Władca Olimpu wiedział, że Hermes ciężko pracuje, aby rozgłosić wieść o jego ślubie w wielu miejscowościach. Sądził, że Hera już się o tym dowiedziała i, że przyjdzie lada chwila na wierzchołek Idy.
Teraz, trzeba było imitować wesele. Poczyniono więc małe przygotowania.. Zaniesiono krzesła i nektar na Idę. Zrobiono mini parkiet do tańczenia. Nikt nie wysilał się aż tak bardzo, ponieważ wiedzieli, że jak szybko się wszystko zacznie, tak szybko się skończy. Bogowie przyzwyczaili się do tego, że Hera jest ciężka w obyciu, ale mimowszystko, kochali ją i chcieli, aby powróciła na Olimp.
Była przecież spoiwem całej, boskiej rodziny, która rozrosła się niestety za sprawą jej małżonka.
Wkońcu, nadszedł przysłowiowy dzień zaślubin. Kukłę posadzono obok Zeusa, a sam władca próbował przywołać krzywy uśmiech na twarz.
Bardzo się denerwował.
- A jak Hera nie wróci? Jak już nigdy jej nie zobaczę?
- Pomyślał i spojrzał na wszystkich po kolei. Chwilę później, na wierzchołku góry pojawił się Hermes.
- Ojcze, Hera już o wszystkim wie. Mam nadzieję, że jest już w drodze.
- Poinformował, a wszyscy z zakłopotaniem spojrzeli na Gromowładnego.
- To co? Mamy udzielać ślubu?
- Zapytała nieśmiało Hebe, a chwilę po jej słowach pojawiła się tak przez wszystkich oczekiwana i upragniona Hera.
- Co ty sobie myślisz?
- Zapytała patrząc na męża, który wstał ze swojego miejsca i trzymał troche niezdarnie kukłę za rękę.
- To ja jestem Panią Olimpu i zawsze nią pozostanę. Nie pozwolę, aby jakaś kobieta zajęła moje miejsce.
- Zeus opserwował żonę i wędrował wzrokiem za jej taksującym spojrzeniem, którym obrzuciła wszystkich zebranych.
- Ty nie wracałaś, więc postanowiłem wziąść sobie inną kobietę za żonę. Sama przecież powiedziałaś, że odchodzisz na zawsze.
- Rzekł z udawanym smutkiem, tak naprawdę był strasznie ucieszony, że jego ukochana Bogini wróciła do niego. Powoli zaczął zdejmować stroje z kukły, które opadały na szczyt Idy.
Obserwował zmiany zachodzące na twarzy swojej żony. Gdy już rozebrał kukłę, opadła ona bezładnie na podłogę.
- To kukła?
- Zdziwiła się Hera, ale dla pewności podeszła powoli ku niej i pochyliła się, aby ją dotknąć.
- Niewiarygodne.
- Dodała jeszcze.
Zeus wiedział, że teraz jest ten moment. Pochwycił żonę w ramiona, a chwilę później znaleźli się w jej sypialnej komnacie.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo mi Ciebie brakowało.
- Szepnął, tuląc ją mocno do siebie.
- Wątpie.
- Rzekła nieprzejednana Hera.
- Kiedyś tego nie okazywałeś. Zdradzałeś mnie na każdym kroku. Docenia się kogoś dopiero wtedy, gdy się go straci, co?
- Tak, tak, kochanie, tak.
- Zgodził się bez oporó. Wiedział, że teraz musi wynagrodzić wszystkie krzywdy, jakie jego żona doznała.
- Zostaw mnie.
- Hera próbowała wyswobodzić się z jego objęć.
- Nie uwolnisz się ode mnie tak łatwo.
- Zapowiedział i zaczął ją namiętnie całować. Najpierw delikatnie i zmysłowo, a potem coraz bardziej zachłannie. Hera jednak nie odwzajemniała jego pocałunków.
- Nie mam ochoty na zbliżenie z tobą.
- Wyznała, a on spojrzał na nią zaskoczony. Zeusa zdziwiło zachowanie żony. Zawsze szło mu z nią tak łatwo. Kłótnia, a potem pojednanie. Była to istotna kolej w ich związku. Teraz jednak, coś musiało się zmienić i nie bardzo wiedział co.
- Dlaczego.
- Ponieważ, za parę dni mnie znowu zdradzisz. Przez krótki okres czasu będziesz mi mówił, że mnie kochasz, a potem pójdziesz do Latony i jej wyznasz miłość.
- Nie prawda.
- Zaprzeczył gwałtownie.
- Jeśli już chcesz wiedzieć to Ci powiem, że Latona była u mnie ostatnio. Chciała zbliżenia, ale powiedziałem jej, że to nie wypada. Mam przecież ciebie, Herciu i wiedz, że zawsze będę Cię kochał. Jesteś najważniejszą kobietą w moim życiu.
- Naprawdę, chciałabym Ci wierzyć. Nie wiem tylko, czy potrafię. Żadna kobieta nie powinna Cię dotykać, ani ziemska, ani boska, bo jesteś mój, tylko mój, i to ja mam do Ciebie prawo.
- Oh, jaka zaborczość. To właśnie w tobie kocham.
- Wyszeptał jej prosto do ucha.
- Nadal nie chcesz zbliżenia?
- Nadal nie chcę.
- Oznajmiła bojowo.
- Myślę, że powinienem sam to sprawdzić.
- Zaczął delikatnie zdejmować z niej chiton. Gdy już się znim uporał zaczął zdejmować teraz resztę greckich ubrań, które również wylądowały na podłodze. Hera cicho protestowała, ale już bez większego przekonania.
- Ciągle nie chcesz?
- Nie, nie chcę.
- Odparła rozpaczliwie.
- A ja czuję, że masz na to ochotę.
- Wyszeptał, wsadzając dwa palce w odchłań jej kobiecości. Poczuł w dotyku, że jest ona cała mokra i rozpalona.
- Widzisz? Twoje protesty nanic się nie zdadzą. Sam czuję, że chcesz i nie ukryjesz tego, kochanie.
- Jęknęła cichutko, przytulając się do niego.
Zeus położył ją na łórzku i chciał się rozebrać, lecz żona przeszkodziła mu w tym.
- Ja to zrobię.
- Powiedziała, i zaczęła zdejmować z niego różne części garderoby.
Czuł, jak jej zręczne palce szybkimi ruchami przesuwają się po jego ciele. Ogarnęło go przyjemne podniecenie.
Gdy już oboje byli nadzy, Hera zacisnęła swoją rękę na jego boskim nadprzyrodzeniu i ścisnęła go boleśnie, a bóg sie skrzywił.
- To należy do mnie.
- Oznajmiła władczo, a on przyciągnął ją do siebie.
- Otwórz się przede mną.
- Rozkazał. Twarze obojga zmieniły się nie do poznania. Na obydwu obliczach widniał teraz wyraz porządania i dzikiej namiętności.
- A jak tego nie uczynie, to co zrobisz? Czy mam gwarancję, że pragniesz mnie tak mocno jak ja Ciebie?
- Tak, tak, masz.
- Zapewnił gorliwie. Położył się na żonie i próbował siłą wdrzeć się do jej wnętrza. Ona jednak chwilowo nie dopuszczała go do siebie.
- Czy porządasz mnie tak mocno, jak porządałeś wszystkie kobiety, które bez mojej wiedzy posiadłeś?
- Kurcze, tak, bardziej niż wszystkie inne, które miałem.
- Nie wierzę Ci. Udowodnij mi to.
- Hera, przestań tyle gadać, bo się niecierpliwię. A udowodnić Ci chcę tylko, że ty mi nato nie pozwalasz.
- Wdarł się siłą do jej wnętrza, a ona krzyknęła z niespodziewanego bólu, który nią zawładnął. Zeus niestety nie podejrzewał, że Herę coś boli. Myślał, iż kobieta krzyczy z roskoszy, którą przecież tak bardzo chciał jej zapewnić.
Oboje, szybko znaleźli swój wspólny rytm. Zeus przeciągał jak najdłóżej chwilę swojego spełnienia, aplikując żonie więcej szybszych pchnięć. Oddechy obojga przyspieszyły gwałtownie. Hera rozłożyła nogi, aby zapewnić mężowi do siebie jak najlepszy dostęp. Lubił być w niej, bo wtedy czuł, że należą tylko do siebie, że stają się jednością.
- Szybciej.
- Jęknęła obejmując go mocniej rękami, a on spełnił prośbę nadając swoim ruchom szaleńczy rytm. Cała komnata trzęsła się od ich gwałtownego zbliżenia. Chwilę później, zwalili się ciężko na podłogę, która zadrżała pod ich ciężarem. Wkońcu, oboje osiągnęli tak długo oczekiwane spełnienie. Widział, jak jego żona szczytując zamyka oczy. On nigdy nie musiał tego robić, zawsze był świadomy swojego punktu kulminacyjnego. Lubił patrzeć na Herę podczas szczytowania.
Po namiętnym uniesieniu zauważyli, że leżą na podłodze.
- Jak to się stało?
- Zapytali samych siebie, a ich usta złączyły się w długim, namiętnym pocałunku. Chwilę potem, znów znaleźli się na posłaniu, a bóg przytulił mocno żonę do siebie, która zasnęła snem sprawiedliwego. Jeszcze chwilę głaskał ją po dłógich, gęstych włosach, a niedłógo potem sam zapadł w objęcia Morfeusza.

Następna strona »